Julie Israel "Indeks szczęścia Juniper Lemon"
Julie Israel "Indeks szczęścia Juniper Lemon" Wyd. IUVI

REKLAMA
Od wypadku, w którym zginęła Camilla Lemon, minęło sześćdziesiąt pięć dni. Jej siostra, Juniper musi żyć z brzemieniem winy, bowiem to ona siedziała, wtedy z nią w samochodzie. Próbuje uporać się z żałobą, coraz bardziej oddalając się od rodziny.
I wtedy znajduje list. Niepozorną kartkę papieru, zaadresowaną do niejakiego „TY”. Kilka słów skreślonych przez Camille, w dniu jej śmierci. List, w którym starsza Lemon zrywa związek. Juniper jest w szoku – nie wiedziała, że Camille z kimś chodziła. Próbując na nowo poskładać obraz siostry, postanawia odnaleźć adresata listu. Tyle, że wcześniej sama coś gubi, co okazuje się początkiem lawiny zdarzeń.
Tytułowy indeks szczęścia to nic innego jak codzienne podsumowywanie wydarzeń z dnia. Ćwiczenie z dostrzegania dobra wymyślone zostało przez Camille i jako zadanie narzucone Juniper. Nastolatka po śmierci siostry kontynuuje zwyczaj, choć efekty zazwyczaj są przeciwne do oczekiwanych. Powinna umieć dostrzec trzy szczęśliwe momenty, rzeczy, wydarzenia z każdego dnia, tymczasem bilans zazwyczaj jest negatywny, a na fiszkach zamiast plusików widnieją minusiki. I w ten niezwykle prosty, nieoczywisty i nienachalny sposób autorka pokazuje etapy przechodzenia żałoby, próby pozbierania się po śmierci bliskiej osoby czy własnego pokonywania, może nie depresji, ale załamania.
To zaś stanowi ciekawy punkt wyjścia i niejakie przełamanie pewnej kliszy w pokazywaniu radzenia sobie po tragedii, która przydarzyła się w rodzinie. W „Indeksie szczęścia Juniper Lemon” wszystko utrzymane jest w pastelowych barwach – być może nie zawsze jasnych, ale bardziej przechodzących w zgniłe zielenie czy brązy – ale wciąż, kolory są dużo bardziej pogodne niż w innych pozycjach młodzieżowych. Gdzie zazwyczaj dominuje patos. Lub mgiełka śmierci unosząca się ciągle nad głowami bohaterów. Wyczuwalna, nie znikająca.
Wziąć choćby takie „Gwiazd naszych wina”, do których nota bene debiutancka powieść Julie Israel jest porównywana. John Green przełamał w swojej książce pewną konwencję mówienia o śmierci – zwłaszcza nastolatkom. Ale choć bohaterowie żartują sobie ze śmiertelnej choroby, która ich dotyka, to uczucie zbliżającego się dramatu nie ustępuje przez całą lekturę, przez co czytelnik wychodzi bardziej poobijany niż wchodził.
Tego nie ma w „Indeksie szczęścia Juniper Lemon”. Po części pewnie dlatego, że książka zaczyna się dwa miesiące po śmierci Camille – więc już trochę czasu minęło. Ale głównie dlatego, że Julie Israel postarała się pisać bez całego obciążenia, lżej prowadząc narrację i korzystając garściami z klisz. Pewnie dlatego większość plot twistów fabularnych da się przewidzieć, zanim akcja dotrze do momentu ich rozwiązania, ale nie sprawia to, że książkę czyta się gorzej.
Pewnie by tak było, gdyby nie sposób prowadzenia narracji. Juniper Lemon jest nastolatką, którą lubi się praktycznie od pierwszych stron, kibicuje się w jej poszukiwaniach, współczuje, gdy cierpi i życzy się jak najlepiej. Sama opowiada o wydarzeniach na tyle ciekawie, by wkręcić do lektury czytelników i na tyle naturalnie, by odbiorcy poczuli się, jakby rzeczywiście czytali relację nastolatki i dowiadywali się o świecie z jej punktu widzenia.
Takich historii jak „Indeks szczęścia Juniper Lemon” jest sporo. Ale jest coś w tej debiutanckiej powieści Julie Israel, co przyciąga czytelników i sprawia, że książkę się czyta. Coś nieuchwytnego, co sprawiło, że gdy tylko Israel napisze kolejną powieść, autorka niniejszego teksu będzie jedną z pierwszych osób, które ustawią się w kolejce po własny egzemplarz.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?