
Strzeżcie się polscy pisarze, bowiem ten debiut może wywołać zazdrość każdego, kto para się piórem. Na scenę wkracza Weronika Gogola.
REKLAMA
Wspomnienia dziecka. Niedoceniane przez dorosłego, którym się staje, może być kopalnią tematów o wspólnym motywie życia, życia smakowanego tak powoli, jak powolne jest dorastanie. Dorosły wspominając swe dzieciństwo widzi je fragmentarycznie, a całość zlewa się w jednolitą masę, a masie tej wyróżniać się mogą jedynie kamienie milowe, wyznaczające pojedyncze godziny. Te właśnie godziny są drogowskazami do powolnego, nieco fragmentarycznego snucia wspomnień o dniach, które stały się podwalinami dorosłości.
I tak właśnie wspomina nasza Autorka swoje dzieciństwo- dorastanie gdzieś na dalekiej prowincji, w wiosce Olszyny, gdzie w dzwony biją z różnych powodów, najczęściej jednak na Anioł Pański, ludzie żyją biednie, ale po bożemu, tylko te chłopy z rodu Gogolów dożywają tylko do pięćdziesiątki i nie wiadomo czy to z powodu fatum rodzinnego, czy pozostawiają resztę swego życia Gogolankom, kobietom zaradnym i potrafiącym nieco działać na nerwy. Bicie dzwonów rozpoczyna wspomnienia. Oto pali się sklep geesu. To miejsce zna każde dziecko, to tam wysyłane było po zakupy, w czasie którym kombinowało czy może da się uszczknąć parę groszy na jakiś przysmak, wśród których nieodmiennie królowała Kinder niespodzianka. Pogorzelisko sklepowe stało się później miejscem poszukiwania groszaków, które mogły pozostać w zasypanych popiołami ruinach. Zaiste, o takim pożarze żadne dziecko nie jest w stanie zapomnieć, a zniszczenie tak ważnego dla całej społeczności punktu będzie wspominane jako ta pierwsza godzina wspomnień.
Wchodzimy więc w dzieciństwo Gogoli uczestnicząc w nim jako bierny i dyskretny obserwator. Jak ten gość wigilijny, który pewnego dnia pojawia się, by skorzystać z dodatkowego nakrycia. Brudny, śmierdzący, wędrujący na własnych nogach gdzieś daleko, budzi przerażenie dziewczynki, która oto otrzymała od swych rodziców lekcję empatii i tego, że tradycja to nie tylko pusty gest. Tak naprawdę to każda z opowieści, podzielonych przez Autorkę na godziny, uczy ją i kształtuje, ale też każe zastanowić się nam, którzy mają własne godziny z dzieciństwa, nad sprawami ważnymi, nad którymi już dawno przestaliśmy się zastanawiać gubiąc je w pośpiechu dnia codziennego.
Książkę kończy jedenasta godzina, godzina śmierci ojca, cezura, w którym dla dziecka kończy się dzieciństwo, mimo, że nie jest jeszcze dorosłym. Najważniejsza jest jednak godzina dwunasta, ta niewypowiedziana, godzina przyszłości, do zapełnienia wyimaginowaną dorosłością. Bez uświadomienia sobie tych jedenastu wcześniejszych godzin przyszły dorosły będzie jedynie kimś bez korzeni.
A to największe nieszczęście.
