Bernadeta Prandzioch "Terapeutka"
Bernadeta Prandzioch "Terapeutka" Wyd. Rebis

REKLAMA
W ogrodzie gabinetu terapeutycznego zostają znalezione zwłoki dziecka. Pracująca tam Marta próbuje odgrodzić się od śledztwa, lecz wydarzenia z jej przeszłości sprawiają, że zaczyna szukać odpowiedzi na własną rękę. A to może być niebezpieczne, zwłaszcza, że tropy zahaczają o nią samą.
Co prawda nie jest to tak, że Marta Szarycka rzuca wszystko, by prowadzić śledztwo. Ale choć sama początkowo nie chce się mieszać w śledztwo, to śledztwo miesza się w jej życie – w końcu dziecko zostało znalezione w ogródku jej miejsca pracy, jej szef i jednocześnie przyjaciel prosi ją, by skłamała i dała mu alibi, a policjant prowadzący sprawę jest jej kochankiem. Mimowolnie dowiaduje się coraz więcej, a to i zdarzenia z przeszłości pchają ją, by sama prowadziła śledztwo, mniej lub bardziej zręcznie manewrując pomiędzy uczelnią a gabinetem, a także prawdą i kłamstwem.
„Terapeutka” to powieść Bernadety Prandzioch, pisarki dotychczas znanej z tekstów z gatunku fantastyki – jej opowiadania pojawiały się w pismach fantastycznych i w ramach antologii „Pożądanie”. Autorka poniższego tekstu nie wie, jak sprawa się ma z opowiadaniami Prandzioch, ale pisarka ma niemal idealny styl pisania dla kryminałów – świetnie wyczuwa, gdzie użyć krótkich zdań, by zdynamizować akcję, a gdzie dać czytelnikowi chwilę wytchnienia i sięgnąć po wielokrotnie złożone zdania. To dzięki jej językowi można się szybko wkręcić w historię i nawet, gdy warstwa fabularna zaczyna zawodzić, to właśnie jej styl dużo wynagradza.
Jeśli chodzi o fabułę, to ta jest mocno poszarpana. Wielowątkowość książce często szkodzi, bo choć chwalebne jest, że pokazuje Martę z różnych stron, w kilku odrębnych środowiskach [w domu, w gabinecie, na uniwersytecie, na parkiecie itd.], to Prandzioch na tyle enigmatycznie rozwija te wątki, że w sumie czytelnik nie wie, po co się właściwie tu znalazły i po co one były. Do tego mnogość bohaterów, którzy może nie są jednowymiarowi [no dobra, niektórzy są], ale część z nich jest historii niepotrzebna. Bo „Terapeutka” ma jedną, najważniejszą postać i jest nią tytułowa kobieta.
Marta Szarycka jest bohaterką specyficzną i nieco skomplikowaną. Wdaje się w niezbyt normalne i niepokojące relacje z mężczyznami, z którymi raczej nie powinna mieć do czynienia w warunkach, w jakich się znają. Niby jest terapeutką z niezłym stażem, pracuje na uczelni i prowadzi sesje w jednym z gabinetów terapeutycznych, ale zdaje się nie do końca korzystać z własnej wiedzy w kontaktach międzyludzkich [aczkolwiek, jak stwierdziła rodzicielka autorki recenzji, gdy ta opowiadała jej o książce, może po prostu w wyrafinowany sposób manipuluje otoczeniem]. Myśli, że powinna zrobić jedno, ale następnie robi zupełnie coś innego, niejako zagłębiając się jeszcze bardziej w bagnie. I cóż, trudno stwierdzić, czy było to celowe zagranie Prandzioch i Szarycka ma być postacią niejednoznaczną, gdzie nie wszystko zostało dopowiedziane, czy też po prostu to źle napisana bohaterka, jakby z rozdwojeniem osobowości. Decyzja należy do czytelnika – zależy od jego osobistego odbioru.
Czy „Terapeutka” jest „nowym głosem w polskiej powieści kryminalnej”? Należałoby powątpiewać. Owszem, jest to niezły kryminał [jeśli uwierzy się w postać Marty, jeśli nie, to ocena książki znacznie spada], ale nie należy się spodziewać, by okazał się jakoś szczególnie przełomowy. Bo to wszystko już było – i detektyw z przeszłością, i niepokojący bohaterowie, i zagmatwana fabuła. „Terapeutka” wykorzystuje wszystkie znane już chwyty z kryminałów, nie wnosi żadnych nowych elementów i nie kieruje kryminału na nowe tory. Nie znaczy to automatycznie, że na powieść Prandzioch należałoby machnąć ręką. Nie, tyle że nie powinno się spodziewać za wiele po „Terapeutce”. Ot, kolejny kryminał.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?