
REKLAMA
Żyjesz. Potem umierasz. A potem – rodzisz się raz jeszcze.
Milo przeżył już wiele żyć. Konkretniej – dziewięć tysięcy dziewięćdziesiąt pięć. Bywał już świerszczem, rybakiem, naukowcem i więźniem. Mimo mądrości i umiejętności, jakie zdobył przeżywając kolejne żywota, nie osiągnął jeszcze Doskonałości – miejsca w kosmicznej duszy. Zostało mu jeszcze pięć żyć, aby dostąpić tego stanu, inaczej rozpłynie się w Nicości.
Nie zależy mu na Doskonałości, nie chce jednak pogrążyć się w Nicości, pragnie jedynie spędzić wieczność w ramionach ukochanej Suzie – jego Śmierci, która towarzyszy mu od jego pierwszego życia czy też pierwszej śmierci. Pragnąc jednego musi osiągnąć drugie, rozpaczliwie podejmuje więc kolejne próby, wiedząc, że z każdą porażką bliżej jest końca.
Motyw reinkarnacji, odradzania się i ponownego przeżywania życia nie jest w kulturze niczym nowym. Często używane jako możliwość naprawienia jakiegoś błędu i jednoczesne ukazanie monotonii życia [choćby powszechnie i na wszelkie możliwe sposoby eksplorowany „Dzień Świstaka”] czy zaznaczanie kolejnych ścieżek/etapów uświadamiania, zdobywania wiedzy, by zrozumieć wszechświat, siebie samego i sens życia. To drugie – a zatem pełniejsze wykorzystanie całej koncepcji reinkarnacji – wykorzystał Poore w „Dziesięć tysięcy żyć”.
Michael Poore głównie korzysta z buddyzmu i reinkarnacji, aczkolwiek odwołuje się także do różnych nurtów filozoficznych – robiąc to generalnie w tak subtelny sposób, że tylko wprawne oko dostrzeże nawiązania. Jednym z najlepszych - a także najłatwiej rozpoznawalnej - jest nawiązanie do platońskiej jaskini i świata idei. Najważniejsze jednak jest to, że mimo pomieszania kilku różnych nurtów i koncepcji widzenia świata, Poore zachowuje jakiś porządek, nie gubiąc się i nie plącząc wszystkiego, tak że cała, przedstawiona przez niego wizja świata jest logiczna.
Nieco gorzej jest jeśli chodzi o warstwę fabularną, bo ta już z samej koncepcji jest łatwa do przewidzenia. Zarys nie tak trudno jest zatem rozpoznać, na szczęście chwyty po jakie Poore sięga, są dużo lepsze. Przerzuca więc swojego bohatera to w przyszłość, to w przeszłość, kreuje własną, apokaliptyczną, wizję przyszłości, którą następnie ukazuje czytelnikom z różnych perspektyw [za każdym razem jest to perspektywa Milo, ale z jego różnych żyć, jako różnych ludzi]. Świat Poore’a przeraża i fascynuje, mimo że pokazuje także dość odległą przyszłość, to jest to przyszłość ze wszech miar możliwa i realna.
Całkowicie zaskakuje język. Nie jest zbyt wyszukany, raczej oscyluje w prostocie, ale jest w nim coś takiego, co chwyta za serce i sprawia, że człowiek czyta i czyta i nie może odciągnąć się od lektury [autorka niniejszego tekstu wie coś o tym, miała przeczytać tylko dwadzieścia stron i potem sięgnąć po lekturę na zajęcia, miast tego przeczytała całość, a lektury nawet nie tknęła]. Niezwykle obrazowy, mimo mocnej eliminacji opisów, książka nadawałaby się idealnie do ekranizacji. Może to kwestia tłumaczenia, może sposób prowadzenia narracji przez bohatera, ale nie sposób języka i stylu „Dziesięciu tysiącach żyć” nie pokochać.
„Dziesięć tysięcy żyć” to niespodziewanie fascynująca i wciągająca lektura, która pokazuje, co to znaczy być człowiekiem Poore ukazuje wszelkie uczucia i pragnienia rządzące ludzkością, uczy czytelników, jak żyć, by życie było tego warte. Może to i trochę banalne, ale sposób, w jaki czyni to Poore, chwyta za serce.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
