
Europa roku 2025. Właśnie zalegalizowano eutanazję, uznając ją za dobry sposób na ekonomiczne skutki starzenia się społeczeństw. Jak grzyby po deszczu zaczynają powstawać prywatne ośrodki eutanazyjne, w których w atmosferze luksusu można zakończyć swoją ziemską egzystencję. Do jednego z nich trafia dość dziwny pensjonariusz.
REKLAMA
Wizje przyszłości. Któż ich nie kreował? Dzięki sprytnie wykreowanym wizjom można wpływać na teraźniejszość, można kreować zachowania czy przekazywać własne idee. Przyszłość taka może być, zależnie od potrzeb, świetlana, ponura bądź katastroficzna. Jedynym ograniczeniem w jej kreowaniu jest wyobraźnia autora. I mimo, że od czasu, kiedy obejrzałem skądinąd znakomitą Ucieczkę Logana, nie przepadam za wizjonerskimi opisami przyszłości, postanowiłem sięgnąć po Wielki finał. Sprawił to Autor, który swego czasu niezmiernie irytował mnie swoimi wpisami publikowanymi na portalu salon24.pl. Wprawdzie do książki dołączona jest prośba Autora, by w czasie lektury zapomnieć kto ją napisał, oderwać książkę od jego osoby, ale szybko zrozumiemy, że to niemożliwe. Za dużo jest bowiem w książce samego Marka Migalskiego i to Migalskiego, jakiego przed laty nie znosiłem.
Akcja książki dzieje się w jednym z ośrodków eutanazyjnych. Jest to ośrodek dla vipów i przypomina luksusowy ośrodek wypoczynkowy, któremu każdy z nas przyznałby z czystym sumieniem nie tylko pięć, ale nawet dziewięć gwiazdek. Na samym początku Czytelnik zostaje uświadomiony komu i dlaczego świat zawdzięcza powstanie takich ośrodków, jednak nie dowiaduje się, po cóż ośrodki dla ludzi, którzy nie tylko nie są, choćby z powodu zgromadzonego majątku, żadnym ciężarem dla społeczeństwa i nie pragną luksusowego zakończenia żywota, a jeśli już, to mogą oni sami sobie takie zakończenie wykreować. To chyba nie jest ważne dla Autora, grunt, że wredna Unia Europejska dostała prztyczka w nos. Wreszcie możemy poznać przypominający luksusowy obóz koncentracyjny ośrodek. Pensjonariusze mogą spróbować kuchni całego świata, raczyć się alkoholami w nieograniczonej ilości i dawać upust wszelkim seksualnym zachciankom. Ośrodek zapewnia nawet wycieczki fakultatywne, w czasie których pensjonariusze mogą robić pamiątkowe zdjęcia. Słowem w ośrodku panuje atmosfera uzmysławiająca nam jak mały Kazio uwspółcześniłby ostatnią ucztę Petroniusza.
Dalej jest znacznie gorzej. Oto nasz bohater zakochuje się w jednej z pań zatrudnionych dla uciechy takich jak on i postanawia zostać bohaterem na miarę swoich możliwości, nie widząc, że staje się ofiarą i karykaturą Janosików wszelkiej maści. Kończy więc życie ze świadomością, iż tak naprawdę nikt po nim nie zapłacze, że pamięć po nim okraszona będzie przekleństwami. W tej mało zachęcającej fabule jest jednak kilka perełek. Przede wszystkim Autor opisał szereg motywacji, którymi kierują się samobójcy. Sprowadzić je można do tego, iż na jakimś etapie życia człowiek otrzymał potężnego kopniaka od losu, po którym trudno powstać i walczyć dalej. I mimo, że motywy te są uniwersalne i od dawna nam znane, Czytelnik będzie je analizować z wyraźnym zainteresowaniem. Ponadto Marek Migalski rozprawił się w książce z naszym słynnym polskim samozadowoleniem, z naszą dumą z urodzenia i poczuciem wyższości nad innymi nacjami. Wymowna scena świąteczna oburzy zapewne niejednego czytelnika, który pewnie nie będzie pamiętać o tym, że jako mizantrop, Autor nie znosi wszystkich ludzi. Wreszcie wspaniale opisany proces umierania. Wprawdzie żaden z czytelników nigdy nie umierał i nikt z nas nie zweryfikuje opisu, niemniej jednak każdy przyzna, że taka śmierć i doznania jej towarzyszące nie są w żadnym stopniu przerażające.
I nie byłbym zaskoczony, gdyby ta książka nie zainspirowałaby kogoś zniechęconego życiem do stworzenia wersji ośrodka w amatorskim wydaniu domowym.
