Annette Hess
W niemieckim domu
Annette Hess W niemieckim domu Wydawnictwo Literackie

Musimy zrozumieć, że jesteśmy winni i potrzeba może stu lat, aby zmyć z naszych rąk tę winę. Niech wina pomoże nam zrozumieć, że musimy pokutować ciężko i długo.

REKLAMA
Te słowa niemiecki pisarz, Ernst Wiechert powiedział już w listopadzie 1945 roku do niemieckiej młodzieży, cztery lata później, ten sam Wiechert rozczarowany postępami denazyfikacji i zwycięstwem koncepcji odrzucenia winy zbiorowej, wyjechał do Szwajcarii, gdzie mieszkał do śmierci. Potrzeba było jeszcze kilkunastu lat, procesów frankfurckich i rewolucji młodzieży, by Niemcy przypomniały sobie o swoich zbrodniach. Właśnie o drugim procesie frankfurckim, znanym nam wszystkim pod nazwą procesu oświęcimskiego, pisze w swoim debiucie Anette Hess. Fabuła ksiązki jest dość prosta. Pochodząca ze zwykłej niemieckiej rodziny, Ewa, zostaje zaangażowana jako tłumaczka w czasie procesu przeciwko zbrodniarzom z przeszłości. Dziewczyna, która do tej pory nie interesowała się tym, co działo się w czasie wojny, odkrywa nagle mroczną przeszłość swego narodu i to, że przeszłość jej rodziny jest ściśle z tą przeszłością związana. Wiedza ta wywraca jej dotychczasowe życie i zmusza do dokonania kilku wyborów. Fabuła prosta, nieskomplikowana, sama książka napisana jest dobrym piórem i świadczy o tym, że temat II wojny światowej i zbrodni niemieckich, nie jest tematem ani zamkniętym, ani takim, który nuży młode pokolenie.
Fabułę swej książki Autorka umieściła w 1963 roku. Niemcy przeżywające boom gospodarczy zapomniały o wydarzeniach, od których nie minęło nawet dwadzieścia lat. Nawet kinematografia przedstawia dziwną wersję historii. W jednym z filmów z tego okresu przedstawiono iście sielankową scenę z frontu wschodniego. W ciasnej chałupie gnieździ się rosyjska rodzina i kilku żołnierzy, którzy z zapałem i radością dzielą się z rzeczoną rodziną swoimi racjami żywnościowymi. Przekaz rodem z Zielonych beretów, propagandowego filmu gloryfikującego wojnę wietnamską, miał sugerować, że Wehrmacht był szlachetny, tylko te diabły z SS dokonywały tych zbrodni, ale i oni robili to na rozkaz. Wkrótce wszyscy niemieccy weterani wojenni byli w swoich wspomnieniach albo kierowcami ciężarówek, kucharzami lub członkami orkiestry, każdy zaś, kto zadawał niewygodne pytania, traktowany był z nieukrywaną wrogością. Do dziś wszechobecne w niemieckich miastach tablice, dokumentujące nazwiska wywożonych do obozów śmierci żydowskich sąsiadów, budzą w niektórych ludziach zniecierpliwienie czy rozdrażnienie, a nawet napomykanie podłej w swoim brzmieniu, inwektywy o nazwie „przedsiębiorstwo Holokaust”. W istocie te tablice czy słynne złote cegiełki berlińskie, mają przypominać stale Niemcom, że byli kiedyś tak podli, że godzili się nie tylko z pozbawianiem praw obywatelskich swoich sąsiadów, nie tylko z rabowaniem ich w majestacie prawa, ale i pozwolili na ich zamordowanie. Każdy więc, kogo irytują te tabliczki są sojusznikami niepamięci, chcą pozwolić na zamordowanie pamięci po tych, których jedyną winą było posiadanie nieodpowiednich dziadków, to swoisty sojusz zawarty ze zbrodniarzami.
Wróćmy jednak do samej książki, którą zamyka scena próby pojednania. W nieco hollywoodzkim stylu nasza bohaterka odwiedza pewien warszawski zakład fryzjerski. Chce naprawić winę kolektywną lub poddać się indywidualnej karze, ale tak naprawdę pragnie pocieszenia. Zbyt wielka bowiem na nią wiedza, zbyt wielkie obciążenie spadło. Czy chciałaby zamknąć swą winę jednym przepraszam? Chce tą wizytą uspokoić sumienie? Jeśli myślała, że to tak działa, to się srodze pomyliła. Każdy człowiek żyje nie tylko z własnymi uczynkami, ale i ze spuścizną swego narodu, czy chce tego, czy nie chce. Od tego bowiem ni sposób uciec.

Nawet jeśli będzie się pisać historię na nowo.