
„Rêves de Japon” wzięty z korespondencji Vincenta Van Gogha rodzaj jego artystycznego memento, wysyła nas w podróż, jaką bywalcy salonów sztuki już kiedyś odbyli. Ale nie za naszego życia - bo trochę wcześniej. Chodzi o tak zwany „japonizm” w sztuce, fascynację tamtejszym malarstwem, grafiką, rzemiosłem, filozofią. Rzecz miała miejsce w drugiej połowie XIX wieku i odbiła się kolosalnym echem w całym, ówczesnym zachodnim świecie. W Polsce także, że przypomnę sylwetkę Feliksa Jasieńskiego i jego „Mangghę”. Nie mówiąc o Józefie Mehofferze czy Julianie Fałacie. Ten ostatni wszak powiedział: „Dla Japonii i Japończyków żywię uwielbienie wprost bezgraniczne”. W końcu tam pojechał, a każdy, kto był w Japonii tak ma…
Miał też w swoich zbiorach Hiroshige.
Kruchego psychicznie Van Gogha, z widocznymi objawami schizofrenii i ciągłymi lękami, zaczarowała ta sztuka. Była jak balsam dla jego skołatanej duszy: prosta i naturalna, uosabiająca czystość oraz spokój. Obrazy Japończyka szeptały do niego i dawały ciszę wewnętrzną wywołując radość z obcowania z naturą.
A przecież Van Gogh nie był artystą spokojnym. Trudno mu było o wyciszenie więc znajdował u Hiroshige to, czego być może potrzebował najbardziej: lekarstwa.
Hiroshige to dziś klasyk sztuki światowej, nie miotany nigdy takimi sprzecznościami jak Van Gogh czy Gauguin. Bo w duszy japońskiej nie ma przecież miejsca na szaleństwa i depresję, będących wynikiem braku artystycznej akceptacji. Bo demony w Japonii rodziły się tylko pod postacią Yokaji.
Hiroshige był człowiekiem pogodnym i łagodnym. Tak jak jego drzeworyty - a na nich ptaki i kwiaty, pejzaże i miasta. Pierwsze obrazy inspirowane Hiroshige, Van Gogh namalował w 1887 roku. Były to most na rzece w deszczu i kwitnąca śliwa. Patrząc syntetycznie na całość sztuki artysty było to chyba to, czego poszukiwał. Japończyk nie żył już od wielu lat, ale jego liczne prace wędrowały po świecie budząc zachwyt swą prostotą i emanującą z nich ciszą. Japoński artysta mieszkał w Edo w epoce przed Meji. To ważne, bo musiał mierzyć się z dominującą jeszcze wtedy hierarchią, etykietą i sztywną obyczajowością w życiu społecznym. Mimo to wyczarował świat, który wyrastał ponad zwykłe postrzeganie ukiyo-e, czyli gatunku, który w Japonii służył do publicystyki, przekazywania treści, anonsów Kabuki czy na przykład pamfletów. Ten szczególny gatunek, nie tyle co drzeworytu, ile sztuki w ogóle, upadł wraz z końcem Edo. Jednak to, co stworzył Hiroshige stało się symbolem tamtego świata - obok teatru Kabuki właśnie. W pewnym sensie drzeworyty przetrwały do dziś jako znak tamtej sztuki japońskiej z ich anegdotami i ukrytymi historiami, teraz już w formie wyrazistej, mniej wyciszonej i na stronicach grubaśnych Mang. Ale to już zupełnie inny świat i inna historia.
I na tym tle Van Gogh, tęskniący do japońskiej Prowansji, której nigdy nie było i który nie potrafił znaleźć swojego miejsca w otoczeniu natury, choć najdoskonalej na świecie opowiedział o jej kolorze i zapachu...
