
Wystarczy wyjść z norweskiego domu na pierwszą lepszą polanę, aby zobaczyć produkt, który jest polskim hitem eksportowym. To jednorazowe grille, które stały się niemal elementem kultury Skandynawskiej, a które powstają w polskiej firmie z firmie Dancoal z Goleniowa. Dlaczego polskie grille odniosły sukces na Fiordach, a nad Wisłą wiele osób nie wie o ich istnieniu? Choćby dlatego, że kosztuje on Norwega tyle, co puszka coli.
– Sprzedajemy ich tam ich tam około miliona sztuk rocznie – słyszę od Mariusza Czechowskiego z firmy Dancoal, będącej potentatem na rynku skandynawskim. Jak mówi, wartość jednego grilla to około 5 złotych. Dla Norwega zaś, nawet po doliczeniu marży i podatków, jednorazowy grill jest prawie jak za darmo. – Ludzie kupują je na potęgę. Grill kosztuje mniej więcej tyle, co puszka coli, czyli jakieś 25 koron (13 złotych) – słyszę od swojego kolegi, mieszkającego od lat w stolicy Norwegii - Oslo. Warto podkreślić, że legalnie zatrudniona sprzątaczka ma zapewnioną płacę minimalną na poziomie 161,17 koron na godzinę, czyli może sobie kupić sześć takich grilli.
Jeśli chodzi o rynek duński, jesteśmy absolutnie najwięksi. Ten rynek opanowaliśmy praktycznie całkowicie. To jest ogromny sukces. Rynek norweski i szwedzki jest podzielony między trzech producentów. Ale Polacy z pewnością biorą prym w tej branży.
Grill nawet zimą
W Polsce grille jednorazowe kosztują niemal tyle samo, co w Skandynawii, czyli stosunkowo niewiele. Ale Polak i tak woli kupić sobie 2,5 kilogramowy worek węgla niż właśnie jednorazowego grilla. Cena jest podobna, ale w jednorazowym grillu tego węgla jest około pół kilograma.
Zupełnie inaczej wygląda to w Norwegii, gdzie grill jednorazowy w zupełności wystarcza na przygotowanie posiłku. W Skandynawii praktycznie nie je się kiełbasy. Jest ona trudno dostępna i droga, a Polacy kupują ją często od przemytników lub po prostu przywożą z kraju.

