
„To niemoralne, nieetyczne tyle zarabiać” - tak część Czytelników oburzała się na fakt, że prezes Comarchu prof. Janusz Filipiak zarabia 32 tysiące złotych dziennie. „Za ciężką pracę można zarobić 2-3 tysiące dziennie, ale nie tyle” – grzmią komentujący. Tylko co w zarabianiu dużych pieniędzy za bardzo ciężką pracę jest niemoralne?
Niemoralne zarobki „Super, od razu lepiej się poczułem wiedząc, że są w Polsce ludzie, którzy dziennie zarabiają więcej niż ja przez rok... i oczywiście jest to bardzo moralne i etyczne, prawda?” - oburza się Paweł. Podobnych głosów pod tekstem o Januszu Filipiaku nie brakuje.
Eugeniusz
Oburzenie przybiera różne formy i używa różnych argumentów mających dowieść tego, że zarabianie dużo więcej niż inni jest nieetyczne, niemoralne, niewłaściwe. Bo przecież są ludzie, którzy – jak wskazała na to jedna z czytelniczek – robią „ważniejsze” społecznie rzeczy, ale nie dostają za to tyle pieniędzy.
Ewa
Nawet gdy ktoś próbował wskazywać, że tak wysokie zarobki to zazwyczaj efekty ciężkiej pracy, znajdywali się tacy, którzy uważali, że to nie wystarczy.
Jurij
Michał
Zapracować na 32 tys. dziennie Na krytykujących tak wysokie zarobki nie podziałały argumenty, że przecież by założyć firmę i odnieść taki sukces, trzeba poświęcić na to lata życia. Uczyć się, ciężko pracować, a nawet gdy majątek liczy się w milionach, praca zajmuje większą część dnia. Prezes Comarchu ma 62 lata, ale w ciągu dnia roboczego – trwającego od 6 do 22 – robi więcej niż niejeden dwudziestolatek.
Prof. Janusz Filipiak
Dodajmy do tego, że Comarch został założony przez profesora w 1993 roku, wraz z dwunastoma jego studentami. 13 lat później, w 2006 roku, spółka była na warszawskiej giełdzie wyceniana już na ponad miliard złotych. Dojście do takiego sukcesu zajęło jednak wiele lat, a zanim się to stało, prof. Filipiak prowadził bardzo skromne życie wykładowcy.
Obecnie w jego firmie najniższa pensja to 2 tysiące złotych na pełny etat, ale... są tylko dwie takie osoby, a wyłącznie 30 spośród 3,5 tysiąca zatrudnionych dostaje mniej niż 3 tysiące złotych na cały etat.
W Polsce nie wypada być bogatym Dla wielu socjalistów-lewicowców to jednak za mało, by „moralnie” i „etycznie” cieszyć się zarobkami rzędu 32 tys. złotych dziennie. Skąd tak wielu Polaków ma skłonności do ostrego krytykowania bogatych? Według psycholog biznesu i autorki programu w TOK FM „Strefa szefa” dr Marzeny Mazur, jest to kwestia zakorzenionej w nas PRL-owsko-religijnej mentalności. Jak tłumaczyła w rozmowie z naTemat, jest to jedna z różnic między Wschodem i Zachodem, tradycyjnie reprezentowanymi przez katolicyzm na wschodzie i protestantyzm na zachodzie.
– U nas kierujemy się słowami: Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie dokrólestwa niebieskiego", a u protestantów jeśli ktoś jest bogaty, to znaczy, że cieszy się łaską Boga. W Polsce Pan Bóg kocha biednych – wyjaśniała dr Mazur.
Dr Marzena Mazur
Wszystkim po równo! Zdaniem publicysty Piotra Szumlewicza, zadeklarowanego lewicowca, rzecz nie rozbija się jednak o mentalność, a skalę rozwarstwienia. – Jestem zbulwersowany tymi niewyobrażalnymi dochodami. To, że pan Filipiak pracuje 16h dziennie, mnie nie wzrusza. Ochroniarze pracują tyle samo, ale zarabiają 5 złotych za godzinę, ludzie na ulicy walczą o 3 tysiące miesięcznie – komentuje Szumlewicz.
Jak podkreśla, nie chodzi o to, by prezes Comarchu nagle miał rozdać swoje pieniądze lub w ogóle że bogaci powinni je rozdawać.
– Tego typu ludzie powinni się nie tyle dzielić, co państwo powinno lepiej dystrybuować ich majątek. Jeśli ktoś zarabia kilka milionów złotych rocznie, to z perspektywy ekonomicznej te pieniądze nie są racjonalnie wydawane. Bogaty człowiek nie będzie w stanie nawet tego wydać na bieżące potrzeby – wskazuje Szumlewicz. Jak zaznacza, gdyby połowę takiej kwoty zabrać bogatym w podatkach i przeznaczyć np. na tworzenie miejsc pracy, aktywizację bezrobotnych czy pomoc najbiedniejszym, byłyby to pieniądze wydane rozsądniej.

Gdy dopytuję, czy aby zarobki prof. Filipiaka nie są adekwatne do wykonanej przez niego, na przestrzeni lat, pracy i kompetencji oraz wiedzy, które posiada, Szumlewicz odpowiada: – Czy 8 milionów rocznie to zarobek adekwatny do jakichkolwiek kompetencji? Czy bez pracowników prezesi zdobyliby taki majątek? Nie! Nawet jeśli on pracuje cztery razy, pięć razy ciężej od swoich ludzi, to nie pięćset razy!
Nie pomaga też wywód na temat tego, że Filipiak przecież firmę założył raptem z dwunastką studentów i zanim zatrudnił rzesze pracowników, musiał wszystko robić własnymi rękami. – To niech teraz też sam działa na rynku, zobaczymy ile zrobi bez pracowników – ripostuje Piotr Szumlewicz.
8x więcej niż najbiedniejszy - to są moralne zarobki? Szumlewicz wyjaśnia bowiem, że przecież nie o pieniądze rzecz się rozbija, a o społeczeństwo. – Warto byłoby, żyjąc w jednym kraju, żyć w podobnych światach. Jeśli ktoś zarabia od swojej sekretarki 100 razy więcej, to nie żyją w tym samym świecie. Gdy nasze dochody się tak nie różnią, bardziej sobie ufamy, lepiej współpracujemy – przekonuje Szumlewicz. I przywołuje swoją propozycję stworzoną dla OPZZ, by wprowadzić regulację zgodnie z którą najlepiej zarabiająca osoba w firmie dostaje maksymalnie ośmiokrotność tego, co najgorzej zarabiający.
– Gdyby pan Filipiak tak zrobił i chciał nadal dostawać 32 tysiące dziennie, to musiałby podnieść najgorzej opłacanemu pracownikowi pensję do 4 tysięcy złotych dziennie. Jeśli nie chce, to mógłby obniżyć swoją płacę do 16 tysięcy złotych miesięcznie. To też bardzo dużo pieniędzy – podkreśla nasz rozmówca. Jak dodaje, ośmiokrotność to i tak zdecydowanie za dużo, ale jest to pewien kompromis, konieczny do wypracowania takich rozwiązań.
Szkodliwa równość w systemie I o ile w argumentach Szumlewicza logiki i sensu nie brakuje, to jeśli przyjrzeć się temu bliżej, można sobie zadać pytanie: skoro dzisiaj nie chcemy dać komuś milionów, to czemu nie zabrać mu wszystkiego? Nasz rozmówca wskazuje dopuszczalną granicę rozwarstwienia jako ośmiokrotność zarobków. Ale gdy zaczniemy zabierać bogatym do ośmiokrotności, zawsze potem sobie zadamy pytanie: dlaczego ma mieć osiem razy więcej, a nie np. tylko cztery? Stamtąd zaś już niedaleko jest do „równości” i komunizmu, gdzie każdy ma mieć po tyle samo, chociaż wiadomo, że to niespełnialna utopia.
Podobnie uważa prof. Janusz Filipiak. Zapytany w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, czemu np. z dobrego serca nie podwyższy swoim pracownikom pensji tak, by wszyscy byli po równo bogaci, prezes Comarchu oświadcza, że jak „wszystkim da po równo, to nikt nie będzie chciał pracować”. Zaś na argument dziennikarza, że społeczeństwa o wyrównanych dochodach żyją dłużej i lepiej, Filipiak odpowiada:
Prof. Janusz Filipiak
