
Dramatyczny wzrost wartości szwajcarskiej waluty po raz kolejny już wywołał wielką dyskusję o tym czy i jak rząd powinien pomóc Polakom zadłużonym we franku. A dyskusja z kolei, której do merytorycznej często bardzo daleko, po raz kolejny udowodniła, że nie jesteśmy narodem życzliwym. Nawet wobec samych siebie.
Mów o swoich problemach, poglądach i wątpliwościach i gotuj się na wielki hejt. Przykład tego schematu mieliśmy już okazję oglądać wielokrotnie. Teraz obserwujemy to przy "dyskusji" o sytuacji 550 tys. frankowiczów po dramatycznym skoku wartości franka szwajcarskiego. "Dyskusji", w której stroną nacierającą są posiadacze kredytów w złotówkach.
Królik Okrutnik
Wiedzieli na co się piszą Każdy, kto decydował się na kredyt w walucie obcej, czy to we franku czy w euro, był w banku informowany o tzw. ryzyku kredytowym. O możliwych wahaniach kursu w szczególności. Ale wszystko przesłaniała wizja bardzo niskiej raty i mantry doradców, że "raczej nie wzrośnie".
– Chociaż, biorąc to wszystko pod uwagę, wzięcie kredytu we frankach wydawało się stąpaniem po polu minowym, banki przedstawiały to raczej jako chodzenie po wodzie – pisze Paweł Strawiński w Onecie.
Przemysław Małkowski
My Wam nie pomożemy Kto wie jednak, czy nie mamy tu też do czynienia z odwiecznym napięciem bogaci-biedni. Albo, w tym wypadku, trochę bogatsi-trochę biedniejsi.
– Po pierwsze ze struktury socjologicznej Polaków mających zadłużenie we franku szwajcarskim wynika, że są to ludzie ponad przeciętnie zamożni – mówi Ireneusz Jabłoński z Centrum Adama Smitha. – Po drugie, nawet gdyby ta struktura przedstawiała się inaczej, nie ma żadnego powodu po temu, by państwo, rząd czy w efekcie także i podatnicy, mieli dokładać się do tego, co się frankowiczom nie udało. Dlaczego, skoro im pomóc, nie pomóc kredytobiorcom mającym zobowiązania w złotówkach czy dolarach? Im też bywa przecież trudno.
Królik Okrutnik
Nie chodzi o podatki, głupcze! Hejt podlewa oprócz przekonania o wyższości "skoro mam kredyt w PLN", także wizja rządowej pomocy dla frankowiczów, której źródłem miałyby być nasze, z bólem płacone podatki. Tyle tylko, że rząd jak dotąd nie wspomniał o żadnych szczegółach tego wsparcia, a posłowie PO twierdzą wprost, że frankowiczom nic się nie należy. "Dyskutantom" to nie przeszkadza.
Radek Pietroń
A co na to sami zainteresowani? Tu zdania są podzielone. Jedni idą do sądu składając pozew zbiorowy, w którym zarzucają bankom oszustwo i naciąganie na kredyty walutowe, inni pogodzeni z losem łykają gorzką, szwajcarską pigułkę. – Oczywiście fajnie by było, gdyby rząd mi pomógł, ale nie bardzo wiem jak – pisze Basia, nasza czytelniczka. – Biorąc kredyt we frankach brałam pod uwagę ryzyko kursowe. Przez pierwsze lata spłacania moje raty były niższe niż gdybym miała kredyt w złotych. Zaryzykowałam i teraz ponoszę konsekwencje. Choć muszę przyznać, że nigdy nie przypuszczałam, że wartość franka wzrośnie tak bardzo.
Ludzie, spokojnie Tymczasem, gdyby wsłuchać się w głos ekspertów i samych frankowiczów, tej internetowej burzy w ogóle by nie było. Po pierwsze, nikt na razie nie zabiera się do pomocy, bo, choć teoretycznie możliwe, mityczne rozwiązanie węgierskie byłoby im nie na rękę. Jak ocenia Ireneusz Jabłoński na tym etapie i po aktualnym kursie, zmiana waluty zaciągniętego wcześniej kredytu, wcale nie byłaby dla klientów indywidualnych korzystna, bo zamroziłaby ich dług na de facto wyższym poziomie. Podobnie ma się sytuacja z masowym przewalutowaniem, na którym rząd – jak szacują eksperci – straciłby ponad 40 mld złotych, złoty mocno by się osłabił a system bankowy uległ destabilizacji.
Jarek Jarząbek
Po drugie, sami frankowicze tego nie chcą. Pisał o tym na Twitterze m.in. Krzysztof Stanowski, dziennikarz sportowy: – Mam kredyt we frankach. Nie wymagam, by ktoś mi go pomagał spłacać, bo sobie poradzę. Ale nie wymagajcie ode mnie, bym pomagał górnikom itd.
Po co więc ta burza?
