
Nie połowę, jak zapowiadał Donald Tusk i Waldemar Pawlak, ale zaledwie 30 procent pensji wyniosą tzw. częściowe emerytury. Ci, którzy będą chcieli z nich skorzystać, nie będą mogli utrzymać się bez dodatkowego źródła dochodu. "To bardzo zła regulacja i należy się z niej jak najszybciej wycofać" - uważa Ryszard Petru, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
Aby złagodzić skutki podniesienia wieku emerytalnego, rząd zaproponował tzw. cześciowe emerytury. Kobiety mające co najmniej 62 lata i 35 lat stażu pracy oraz mężczyźni, którzy ukończyli 65 lat a przepracowali 40, mogli pobierać około połowy emerytury do osiągnięcia wymaganego wieku.
Co prawda ministerstwo pracy deklaruje, że jest gotowe zastanowić się nad zmianą przepisów, jednak dopiero jesienią. Inny miałby być sposób wyliczania emerytury częściowej. Obecny nie gwarantuje nawet minimum socjalnego, a wcześniejsze świadczenie wynosiłoby zaledwie 30, a nie 50 procent właściwej emerytury.
Zaproponowane przez rząd i przyjęte przez Sejm rozwiązanie zgodnie krytykuje opozycja. SLD i PiS chcą zaskarżyć ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Wtórują im przedstawiciele związków zawodowych i ekonomiści. W ich ocenie, zamiast pomóc osobom w wieku przedemerytalnym, przepisy w obecnym kształcie im zaszkodzą.
Według ekonomistów przez to, że ludzie będą pobierać część świadczeń przed osiągnięciem wieku 67 lat, ich pełna emerytura będzie niska. Na tyle, że budżet będzie musiał do niej dokładać, co z kolei całkowicie zniweczy spodziewane skutki przeforsowanej z takim trudem zmiany. Eksperci ostrzegają, że dodatkowych pieniędzy rząd może szukać w systemie rent i zasiłków, których obecne zmiany nie dotknęły.
Czytaj wywiad z Piotrem Dudą, szefem "Solidarności": Reforma "67" to ściema. Rząd podlizuje się agencjom ratingowym
