
Pamiętacie jeszcze starą Nokię 6310? Jeszcze całkiem niedawno spotkałem młodego mężczyznę z takim właśnie modelem telefonu. Nie kryłem zdziwienia, że TO jeszcze działa. Właściciel telefonu stwierdził, że TO przeżyje jeszcze niejednego smartfona i to nawet takiego za grubą kasę, bo przecież one są tak nietrwałe.
I tu się trudno nie zgodzić. Stare komórki aż tak awaryjne nie były. O niektórych modelach żartowano, że da się nimi wbijać gwoździe. Upadały dziesiątki razy na podłogę i nic się z nimi nie działo. Dziś, gdy smartfon wyślizgnie się z ręki, potłuczenie szybki właściwie gwarantowane. Co to oznacza, wie każdy, kto raz to przeżył: często nie da rady nic zrobić na ekranie. Teoretycznie sposobem na to powinno być ubezpieczenie sprzętu. No właśnie, teoretycznie...
Pieniądze poszły w błoto Na ile teoria rozmija się z praktyką, przekonał się pan Tomasz. Kupował dla telefon nastoletniego syna w dużej sieci sklepów z elektroniką. Sprzedawca zachęcił go, aby do smartfonu wykupił ubezpieczenie. – Suma nieduża, niecałe sto złotych na rok, a w ten sposób kupuję sobie spokój, że cokolwiek się stanie, szkoda zostanie pokryta z ubezpieczenia. Tak zapewniał mnie wówczas sprzedawca. Regulamin z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczenia otrzymałem dopiero później, w punkcie obsługi klienta, gdy już za ubezpieczenie zapłaciłem – opowiada pan Tomasz o transakcji, której dokonał wiosną.
Parę miesięcy później przekonał się, że płacąc za ubezpieczenie telefonu, wyrzucił pieniądze w błoto. Dla ubezpieczyciela bowiem "upadek telefonu" to nie było żadne wytłumaczenie. – Nawet mnie pani na infolinii dopytywała, dlaczego smartfon wypadł synowi z dłoni, czy ktoś go popchnął. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że po prostu aparat wyślizgnął się z ręki – relacjonuje właściciel. Dwa tygodnie później otrzymał list z informacją, że wniosek "nie znajduje podstaw prawnych do uznania roszczenia".

Dopiero wtedy właściciel telefonu porządnie wczytał się w dołączone do umowy OWU, czyli Ogólne Warunki Ubezpieczenia. W nich zawarte były definicje, a jedna z nich określała, co ubezpieczyciel rozumie pod pojęciem uszkodzenia lub zniszczenia sprzętu.
Warta
Ogólne Warunki Ubezpieczenia
Klient porozmawiał ze znajomym prawnikiem, ten mu powiedział "trzeba było patrzeć, co podpisywałeś". No i sprawę odwołania do sądu sobie odpuścił.

Podobną historię miał pan Marek. W jego przypadku chodziło o smartfon w cenie około tysiąca złotych. Ubezpieczenie kosztowało około 200 zł. – To się zdarzyło w tramwaju. Gdy tramwaj nagle zahamował, telefon wypadł z ręki i szybka cała popękała – opowiada. Ale dla ubezpieczyciela nie było to żadnym wytłumaczeniem. Uznano, że hamowanie nie było "nieprzewidywalne", bo przecież dało się przewidzieć, że tramwaj będzie się zatrzymywał. No i nie było "niemożliwe do zapobieżenia".
Zalanie to nie zamoczenie Takich zabezpieczeń w regulaminach ubezpieczeń jest mnóstwo. Wyglądają jakby je napisano po to, aby w żadnym przypadku nie należały się pieniądze z ubezpieczenia. Lub przynajmniej po to, by klient odpuścił sobie walkę z ubezpieczycielem, bo przecież podpisał "warunki".
U kolejnego ubezpieczyciela możemy przeczytać, co firma uważa za zalanie telefonu. Jest to np. "bezpośrednie działanie wody lub innych cieczy na ubezpieczony telefon, powodujące jego uszkodzenie wskutek wydostania się w wyniku awarii wody, pary lub innych cieczy z instalacji: wodnej, kanalizacyjnej lub centralnego ogrzewania". Ale nie ma nic o zamoczeniu telefonu. Dla ubezpieczyciela różnica jest diametralna i wielu posiadaczy smartfonów usłyszało odmowę pokrycia kosztów naprawy lub wymiany, bo przecież telefon nie był "zalany", a "zamoczony".
– Niestety, na wszystko mają wyjaśnienie i odpowiedź – przyznaje pan Maciej, który od lat pracuje w firmie serwisującej telefony komórkowe. On nie podśmiewa się z tych, którzy podpisali umowę, a teraz się dziwią, że nie są w stanie odzyskać pieniędzy.
pan Maciej
pracownik branży telefonii komórkowej
– Nie oszukujmy się, większość uszkodzeń powstaje z własnej winy. A to ci telefon wypadnie z ręki, a to na niego usiądziesz, a to ci wyleci z kieszeni do muszli klozetowej. Ale wszystkie te przypadki nie są objęte ubezpieczeniem, czego nie powie ci żaden sprzedawca – przyznaje człowiek, który w branży telefonii komórkowej działa od lat.
Jedynym sposobem - kłamstwo? – Widziałem umowy ubezpieczeniowe z wielu firm. Różnią się drobiazgami, ale właściwie z każdej wynika jedno, że szkoda musi być wywołana przez osobę trzecią. Jeśli to ty spowodowałeś szkodę, nawet nieumyślnie, to oni za tę szkodę nie odpowiadają – wyjaśnia pan Maciej. I przyznaje, co radzi swoim znajomym. Niestety - oszukiwać.
pan Maciej
wieloletni pracownik firmy z branży telefonii komórkowej
Należałoby potępić tych, którzy oszukują i naciągają na ubezpieczenia smartfonów. W końcu trudno pochwalać kłamstwo. Ale ono ma swoje źródło w tym, że przy zawieraniu umowy klienci nie są informowani rzetelnie, kiedy i za co należy zwrot kosztów. Sprzedawca jest szczęśliwy, że wcisnął komuś ubezpieczenie, firma też. Tylko że takie postępowanie sprawia, że klient ma prawo czuć się oszukany. A wówczas, gdy sam oszukuje, ma mniejsze wyrzuty sumienia. Choć tu należałoby postraszyć wszystkich chętnych do oszukiwania. Składanie fałszywego oświadczenia w celu osiągnięcia korzyści majątkowej to przestępstwo ścigane z urzędu. Grozi za nie do 5 lat więzienia.
Czytaj, co podpisujesz. ZAWSZE Tymczasem zarówno sieci handlowe, jak i firmy ubezpieczeniowe zapewniają, że klienci mają możliwość zapoznania się z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczenia przed zawarciem umowy. I kupujący nie jest zdany wyłącznie na to, co powie mu sprzedawca. – Klient poza informacją od pracownika sklepu, otrzymuje warunki ubezpieczenia i drukowane jest zlecenie, na podstawie którego płaci należność w kasie – zapewnia Wioletta Batóg, rzeczniczka Media Saturn Holding Polska Sp. z o.o.. Podkreśla przy tym, że firma "wprowadza standardy gwarantujące najwyższy poziom obsługi" m.in. poprzez program "ukrytych klientów". Zatem sprzedawcy są sprawdzani, czy rzetelnie informują klientów o ofercie. Zatem jeśli któryś z pracowników coś zaniedbał i nie poinformował klienta o warunkach ubezpieczenia, to reklamacja może być ponownie rozpatrzona.
Także rzecznik Warty Dawid Korszeń przekonuje, że klient ma możliwość, by sprawdzić, za co płaci. – OWU są drukowane wraz z dokumentami potwierdzającymi zawarcie umowy ubezpieczenia. Z tym kompletem dokumentów klient udaje się do kasy – zapewnia przedstawiciel ubezpieczyciela. Podkreśla przy tym, że w dokumentach wyraźnie jest napisane, co nie jest objęte ubezpieczeniem. A poza tym większość zgłoszeń szkód rozpatrywana jest pozytywnie.
Dawid Korszeń
rzecznik prasowy Warty
I choć zapewnienia ze strony sieci handlowych i firm ubezpieczeniowych brzmią uspokajająco, to problem istnieje. Do Rzecznika Finansowego w tym roku wpłynęło już około 600 wniosków o interwencję w związku z ubezpieczeniem sprzętu elektronicznego. Jeszcze w 2012 r. takich skarg przez cały rok przesłano jedynie 60.
Napisz do autora: [email protected]
