
"Joker" jest thrillerem antysuperbohaterskim. Bliżej mu do "Taksówkarza", niż do typowej adaptacji komiksu. Zresztą, jedną z ról zagrał w nim sam Robert "You talking to me?" De Niro. I nawet on blednie przy kreacji Joaquina Phoenixa, która zachwyca i będzie się śnić nam po nocach.
Joker w tekstach kultury miał wiele tożsamości i usposobień. W przeciwieństwie do innych postaci, był bardziej ideą niż kimś o konkretnym imieniu i nazwisku, jak np. jego największy przeciwnik/przyjaciel Batman aka Bruce Wayne. W filmie Phillipsa to Arthur Fleck - mało zabawny stand-uper, który śmieje się jako ostatni.
Ten rok w Hollywoodzie obfituje we wspaniałe męskie role pierwszoplanowe. Taron Egerton w "Rocketmanie", Leonardo DiCaprio w "Pewnego razu... w Hollywood", Brad Pitt w "Ad Astrze". Wszystko to nauczyło mnie, by przed ferowaniem wyników Oscarów, poczekać do końca sezonu.
Joker jest ukazany jako ofiara społeczeństwa. Słusznie zauważa, że choroba przecież nie wynika z jego winy. Ma dobre serce, próbuje się przystosować, ale ile razy można być kopanym przez ludzi (dosłownie i w przenośni) za to, że jest się innym? Ma dość braku akceptacji i wyrządzanych mu krzywd, coś w nim pęka i dokonuje okrutnych rzeczy. Oglądając film, można jednak przypuszczać, że jest to zupełnie usprawiedliwione. Parafrazując: to ludzie ludziom zgotowali Jokera.
