
Jedynie 0,6 mln Polaków pracuje na podstawie umów zleceń i o dzieło – wynika z danych ministerstwa pracy. "Umowy śmieciowe to margines. Obraz naszego rynku pracy jest zupełnie inny, niż malują go związki zawodowe i opozycja" – pisze dziś "Rzeczpospolita".
Słuchając niektórych polityków i związkowych działaczy można odnieść wrażenie, że umowy śmieciowe to plaga polskiego rynku pracy. Z danych, które podaje "Rz", wynika jednak zupełnie co innego. Okazuje się, że tylko około 600 tys. osób, a więc 3,7 proc. pracujących Polaków, musi pracować bez etatu.
"Rzeczpospolita"
Cytowani przez "Rz" eksperci nie kryją oburzenia retoryką związków zawodowych, które za "śmieciowe" uznają także etaty, tyle że zawarte na czas określony. "To mylenie pojęć. Nie rozumiem, jak można nazywać umowami śmieciowymi etaty" – stwierdza prof. Elżbieta Kryńska, ekspertka badająca elastyczność rynku pracy. Czytaj także: Blaski i cienie umów śmieciowych
Przedstawione powyżej liczby nie przystają do temperatury dyskusji, jaka wciąż toczy się wokół "umów śmieciowych". Ledwie dwa tygodnie temu Jacek Żakowski w swoim felietonie na łamach "Gazety Wyborczej" przekonywał, że takie umowy są "przekleństwem" wszystkich.
"Poza pazernością brutalnie lobbującego i wąsko myślącego biznesu, który - jak pisze prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców - ma 'głęboko w dupie' wszystko poza swoim doraźnym interesem, nie ma powodu, żeby ochroniarze, kelnerzy, sprzątaczki zarabiali mniej, niż trzeba na skromne przeżycie. I żeby ich bieda obciążała pomoc społeczną" – napisał.
Źródło: "Rzeczpospolita"
