
Wiktor Piątkowski to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich scenarzystów i producentów filmowych oraz telewizyjnych, wykładowca akademicki i doktor nauk ekonomicznych. Tegoroczna edycja festiwalu w Gdyni (21-26 września 2026) to wyjątkowy moment w karierze Piątkowskiego – w programie znalazły się aż cztery filmy związane z jego pracą scenariopisarską i producencką.
– Kocham opowiadać historie. Pisanie sprawia mi wielką radość, ale możliwość doprowadzenia historii innych scenarzystów do momentu realizacji filmowej jest także fascynująca. Czuję, że jako producent mam większy wpływ na efekt końcowy – mówi w wywiadzie dla naszego serwisu Wiktor Piątkowski, założyciel Bahama Films, współwłaściciel i prezes Santa Films oraz Film Twist, a także członek zarządu Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Pana nazwisko pojawia się aż przy czterech tytułach - "Mniej obcy", "Kalafior przeznaczenia", "Miłe kobiety" i "Sick". Jak to jest patrzeć na tak różnorodny zestaw filmów prezentowanych jednocześnie na jednym festiwalu?
Rzeczywiście tegoroczny festiwal w Gdyni będzie dla mnie wyjątkowy. Każdy z tych filmów jest dla mnie ważny. Jeden pisałem, dwa produkowałem, a przy jednym jestem koproducentem. To także miłe zwieńczenie wielomiesięcznej pracy, a w niektórych przypadkach pierwsze skonfrontowanie z widownią i możliwość obserwowania reakcji widzów na żywo. Już nie mogę się doczekać festiwalu.

"Mniej obcy" o Janku Borysewiczu będzie miał w Gdyni swój przedpremierowy pokaz na dużym ekranie, zanim trafi do Netflixa. Co dla Pana oznacza ten moment i czego mogą się spodziewać widzowie, którzy zobaczą go najpierw w kinie?
"Mniej obcy" to film spośród tych czterech, przy którym najdłużej pracowałem. Jan Borysewicz to niesamowity muzyk i człowiek. Cieszę się, że mogłem wziąć udział w produkcji inspirowanej jego życiem. Wydaje mi się, że oglądanie tej historii na dużym ekranie i z dźwiękiem 5.1 będzie niezapomnianym wrażeniem. Widzowie mogą się spodziewać wciągającej historii, rozmachu produkcyjnego i przede wszystkim świetnej muzyki.
"Kalafior przeznaczenia" to jeden z najbardziej nietypowych polskich debiutów ostatnich lat, a scenariusz powstał na Pana warsztatach. Co przekonało Pana, że warto zaryzykować z tak odważnym pomysłem, i jak to jest patrzeć, jak absolwentka warsztatów debiutuje własnym filmem?
Gdy scenarzysta filmu, Emil Miszkowicz-Adamowicz, na pierwszych zajęciach przedstawił nam tylko pomysł na tytuł, już wiedziałem, że to coś wyjątkowego. Rzadko zdarzają się tak oryginalne pomysły, które opowiadają też o rzeczach ważnych i uniwersalnych, a jednocześnie są tak lekkie i świeże. Cieszę się, że naszych warsztatach powstał tak odważny scenariusz i jestem dumny, że mogliśmy dać szansę debiutu reżyserskiego innej absolwentce naszych zajęć, Annie Urbańczyk, którą wykonała przy tym filmie świetną robotę.

Kiedyś kojarzony był Pan przede wszystkim jako scenarzysta "Wataha" czy "Just Push Abuba" – dziś to Pana nazwisko jako producenta pojawia się przy kilku filmach jednocześnie. Czy ten rok jest dla Pana momentem przełomowym, w którym to produkcja, a nie pisanie, staje się główną częścią Pana pracy?
Kocham opowiadać historie. Pisanie sprawia mi wielką radość, ale możliwość doprowadzenia historii innych scenarzystów do momentu realizacji filmowej jest także fascynująca. Czuję, że jako producent mam większy wpływ na efekt końcowy. W Polsce, w przeciwieństwie do Hollywood, najbardziej znani scenarzyści nie stają się niejako z automatu jednymi z producentów filmu, dlatego musiałem sobie tę pozycję wywalczyć. Cieszę się, że mogę pracować także jako producent, ale po ostatnim roku, który był bardzo intensywny producencko, stęskniłem się za pisaniem i nie mogę doczekać się kolejnych zleceń scenariuszowych, jednocześnie nie porzucając ambicji producenckich. Wydaje mi się, że dzięki doświadczeniu producenckiemu stałem się lepszym scenarzystą, a umiejętność pisania mocno wyróżnia mnie wśród polskich producentów.

Bahama Films w pełni odpowiada za "Kalafior przeznaczenia", a przy "Sick" jest Pan koproducentem. Czym różni się dziś Pana rola na planie i w procesie produkcyjnym od tej, którą pełnił Pan jako sam scenarzysta?
Praca na etapie tak zwanego developmentu, kiedy powstają bohaterowie, układana jest historia, dogadywana jej struktura i pojawiają się pierwsze pomysły na sceny i sekwencje to moja ulubiona część procesu twórczego. Uwielbiam wyobrażać sobie w głowie alternatywne wersje filmu, który może powstać. Praca na planie to wszystko weryfikuje i urealnia. Tutaj też są podejmowane często decyzje, przy których scenarzysta w Polsce jest zwykle nieobecny, czasami ze szkodą dla projektu, dlatego jako producent dbam o to, żeby scenarzyści w naszych projektach byli zawsze mocno zaangażowani i obecni na etapie zdjęć i postprodukcji.
Od tego roku zasiada Pan w Zarządzie Głównym Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Jakie sprawy chce Pan poruszać z tej pozycji i co, Pana zdaniem, najbardziej wymaga dziś zmiany w polskiej branży filmowej?
Bardzo cieszę się z zaufania, którym obdarzyli mnie koleżanki i koledzy z SFP i jest mi miło, że mogę czerpać od dużo bardziej doświadczonych członków Zarządu, z prezesem Grzegorzem Łoszewskim na czele. Staramy się zabezpieczyć należne twórcom tantiemy, ale także walczymy o rozwiązania gwarantujące im godne warunki podczas wykonywania pracy kreatywnej. Chciałbym też wzmocnić pozycję SFP za granicą, co przełoży się też na międzynarodową promocję polskiego kina. Wydaje mi się też, że ważnym zdaniem stojącym przed nami jest promowanie polskich filmów i twórców, zwłaszcza tych najmłodszych.

Poza tytułami festiwalowymi pracuje Pan już nad kolejnym projektem – "Być tu oto", filmem drogi na podstawie scenariusza nagrodzonego w Script Pro. Na jakim etapie jest ten projekt i kiedy możemy spodziewać się premiery?
Jesteśmy aktualnie na zdjęciach w Polsce i Portugalii. Zimą i wiosną chcemy zrobić postprodukcję, żeby być gotowym z filmem na przyszłoroczny festiwal w Gdyni.
Patrząc na to wszystko razem – Gdynię, pracę w Zarządzie SFP, kolejne produkcje w przygotowaniu – jak wygląda dziś typowy dzień pracy Wiktora Piątkowskiego – producenta?
Mam wrażenie, że produkowanie filmów i reagowanie na bieżąco na wyzwania pojawiające się na każdym etapie produkcji jest na tyle czasochłonne, że ciężko jest mi znaleźć czas na pisanie. Jednak praca scenarzysty i producenta jest łączeniem ognia z wodą, kreatywności i podejścia biznesowego. Może się tu pojawiać konflikt interesów, dlatego staram się unikać łączenia tych dwóch funkcji przy tym samym projekcie. A wracając do pytania o typowy dzień, to mogę powiedzieć, że zaczyna się bardzo wcześnie, a kończy późno, ale każdy dzień jest inny i dostarcza nowych doświadczeń i satysfakcji. Praca przy filmach i w Zarządzie SFP daje też możliwość spotykania niesamowitych ludzi, co kocham w tym wszystkim najbardziej.