
Pracownicy znaleźli sposób na ochronę przed zwolnieniami w swoich firmach. Na potęgę powołują tzw. społecznych inspektorów pracy, którzy mają pilnować przestrzegania zasad BHP. A tak naprawdę nie robią w tej sprawie niemal nic. Za to mają pewność, że przez kilka lat nikt nie wyrzuci ich z firmy, bo zabraniają tego przepisy. Dlatego ich liczba rośnie – kiedyś w Orange stanowili 1 proc. załogi, dzisiaj 4,5 proc.
W czasach kryzysu taka funkcja to skarb. Społeczni inspektorzy pracy, powoływani przez związki zawodowe aby pilnować przestrzegania przepisów BHP, mnożą się w polskich firmach w ogromnym tempie. W Orange ich odsetek wzrósł z 1 proc. do 4,5 proc. – podaje "Rzeczpospolita". Gorzej z aktywnością: 688 osób sprawujących tę funkcję w ciągu roku podjęło 70 interwencji. Ale raczej nie to jest ważne – inspektora nie można zwolnić przez nawet pięć lat (4 lata kadencji i rok po jej zakończeniu) ani obniżyć mu zarobków.
Wymagania nie są duże, by by być głównym inspektorem firmy trzeba przepracować w branży pięć lat, z czego dwa w obecnym miejscu zatrudnienia. Jeszcze łatwiej zostać inspektorem oddziału czy grupy pracowniczej, a przywileje są takie same (tylko kadencja trwa o połowę krócej). Ministerstwo pracy chce zmienić te zasady, ale prace stoją w miejscu z powodu braku stanowiska partnerów społecznych.
Jak widać związki zawodowe już teraz mają spore uprawnienia, a jeszcze chcą ich poszerzenia. OPZZ tworzy projekt ustawy, wedle której wszyscy pracodawcy i pracownicy w Polsce mieliby jawne zarobki. W praktyce mogłoby to wyglądać tak, że wieszano by listy z informacją kto i ile zarabia. Związkowcy twierdzą, że każdy ma prawo to wiedzieć.
Czytaj także:
Źródło: "Rzeczpospolita"
