
Na pewno znasz to krępujące uczucie, gdy para zaczyna kłócić się w twojej obecności. Oboje wysuwają coraz cięższe argumenty, wypominają sobie coraz poważniejsze błędy i coraz głośniej krzyczą, a ty chcesz schować się do mysiej dziury. Właśnie takie uczucie towarzyszyło mi podczas seansu "Malcolma i Marie", nowego filmu Netflixa z Zendayą i Johnem Davidem Washingtonem. To absolutnie nie jest zła produkcja, ale... wyjątkowo męcząca i nie dla każdego.
I mamy rację. "Dlaczego jesteś zła?" – pyta swoją partnerkę od pięciu lat Malcolm, gdy ta przyrządza mu makaron z serem, energicznie stukając garnkami. To jedno pytanie – które, jak wiedzą wszyscy, którzy byli lub są w związku, nigdy nie jest niewinne – wywołuje lawinę wzajemnych żalów i pretensji, bolesnych wyznań i ostrych jak brzytwa ataków oraz coraz bardziej niewygodnych pytań i jeszcze bardziej niewygodnych odpowiedzi.
To w skrócie "Malcom i Marie", film Sama Levinsona, tego samego, który zachwycił nas "Euforią" i pokazał nam w pełnił talent Zendayi. Długo oczekiwany film większość zawiódł, bo bardzo... irytuje. Jednak w jego przypadku jest to zaletą – bardzo niekomfortową i niemainstreamową.
Kryzysowa noc Malcolma i Marie
Sam Levinson pokazuje nam w czasie rzeczywistym przełomowy moment w pięcioletnim związku bohaterów. Z jego przełomowości sami Malcolm i Marie zdają sobie sprawę, o czym mówi w pewnym momencie kobieta ("To pewnie największa kłótnia w naszym związku").
Może cię zainteresować także: "Biały tygrys" nie jest powtórką ze "Slumdoga". To nie słodka historyjka o wyjściu z biedy
Ta "kryzysowa noc prawdy" reżysera i jego partnerki dzieli się na etapy, które Levinson sprawnie sygnalizuje widzowi zarówno muzyką, jak i pracą kamery. W skrócie: atak Malcolma/Marie – kontra Marie/Malcolma – rozejście się bohaterów i przerwa muzyczna – czułe "pogodzenie się" i wyznania miłości. I tak w kółko, aż do konkretnej wypowiedzi jednego z bohaterów, która nie będzie wymagała już kontry.

Dla widza to męczący schemat, tak jak męczący jest on dla bohaterów – poturbowanej emocjonalnie Marie i egocentrycznego Malcolma. Oboje mają osobiste problemy i wady, momentami nie do zniesienia. Obojgu przydałaby się terapia, oboje mają problem ze swoim rozbuchanym ego. Dlatego ta noc jest dla nich punktem granicznym.
Samo życie
Nie ukrywajmy, że w związku takie dni, wieczory, momenty się zdarzają. Nagle wszystko wybucha jak drzemiący od dłuższego czasu wulkan, a siła rażenia przeraża samych zainteresowanych. Na jaw wychodzą sekrety, pretensje, kompleksy, które parzą jak lawa, ale niekoniecznie muszą stopić zwaśnionych kochanków. "Życióweczka", jak mawia internet.
Dlatego trudno mi się zgodzić z opiniami, że Malcolm i Marie to para, która ani się kocha, ani nie może ze sobą wytrzymać. "Dlaczego się nie rozstaną?" – pytają widzowie. A ja odpowiem: doświadczamy tylko nieco ponad półtorej godziny z ich pięcioletniego związku, które – wierząc Marie – jest najbardziej burzliwe w historii ich relacji. Moment przełomowy.
W partnerach kłębią się skrajne emocje, miłość przenika się z nienawiścią, (jak śpiewa w utworze "na napisach" zespół Outkast), odraza z pożądaniem. Tej nocy oboje są najgorszymi, ale najbardziej szczerymi wersjami siebie. Bez cenzury i bez filtra. A to nie jest miłe ani dla nich, ani dla nas, obserwatorów.
Może cię zainteresować także: "Biały tygrys" nie jest powtórką ze "Slumdoga". To nie słodka historyjka o wyjściu z biedy
Tak, to film naprawdę męczący dla widza. Bohaterowie bywają irytujący do bólu, mamy ochotę nimi potrząsnąć. Momentami nie wiemy już, o co tak naprawdę Malcolm i Marie się kłócą. Mamy im dość. Czujemy dokładnie to samo, gdy jesteśmy w pobliżu znajomej (lub nie) pary w momencie kryzysu i nie możemy nigdzie uciec. Jesteśmy skrępowani, zmęczeni, wkurzeni, modlimy się o koniec.
Jednak fakt, że "Malcolm i Marie" wywołuje w nas te uczucia sprawia, że to film naprawdę szczery. Szczery do bólu i w sposób niewygodny, podobnie zresztą jak pamiętna scena kłótni z nominowanej do Oscara "Historii małżeńskiej". To ten sam "vibe", który sprawia, że widz czuje się źle, że musi tego doświadczać.

Czeń, biel i styl
"Malcolm i Marie" to film trudny w odbiorze, ale to nie odbiera mu jego wartości artystycznej. Tak, być może materiał był nieco zbyt ambitny, nieco zbyt życiowy. Niekoniecznie chcemy oglądać na ekranie godzinę i czterdzieści minut związkowego dramatu i wywlekania burdów w wersji "raw".
Wadą są także przeintelektualizowane dialogi – wywód Malcolma o krytyczce jego filmu spokojnie można by było wyciąć, bo to materiał na innym film. Rozumiem meta-dyskusję o tym gdzie kończy się sztuka, a kończy polityka, jednak związkowy dramat naprawdę nie musi być polityczny, tylko dlatego, że grają tam czarnoskórzy aktorzy. Chyba że Levinson po prostu puszcza nam oczko.
Może cię zainteresować także: Zakazane uczucia, śmierć i archeologia. "Wykopaliska" to urzekający film o przemijaniu
Jednak, abstrahując od scenariusza, który nie wszystkim przypadnie do gustu, film Levinsona jest absolutnym majstersztykiem pod kątem realizacji. Przepiękne czarno-białe zdjęcia, przemyślana praca kamery i montaż, stylowa scenografia, świetna muzyka (za która odpowiada Labirynth, z którym Levinson współpracuje również przy "Euforii") – to wszystko sprawia, że to jeden z najbardziej estetycznych, dopracowanych filmów, jaki powstał w ostatnim czasie.
Zendaya błyszczy jako Marie
Na koniec najważniejsze: aktorzy. "Malcolm i Marie" to film "pandemiczny", spektakl wyłącznie dwojga aktorów. Artyści mają bardzo dobrą chemię, znakomicie ze sobą współpracują, są zgranym duetem.

John David Washington (syn Denzela, gwiazda "Teneta") w końcu pokazuje, że nie jest aktorem jednej miny. Jednak momentami ma się wrażenie, że aktor za bardzo stara się udowodnić, że potrafi grać – w niektórych scenach zwyczajnie szarżuje. Jest go "za bardzo": za głośno krzyczy, za mocno gestykuluje. Jest świetny, ale z łatwością możemy wyobrazić sobie w jego roli innego aktora.
Tymczasem bez Zendayi ten film byłby... bez porównania gorszy. To nagradzana gwiazda "Euforii" i jedna z najzdolniejszych młodych aktorek w Hollywood kradnie dla siebie cały blask.
Jest silna i słaba, atakująca i bezbronna, energiczna i wyciszona, w wersji glamour i w wersji kameralnej. Pokazuje widzowi całe spektrum uczuć i emocji, a przez cały czas jest autentyczna do bólu. Nie można oderwać od niej wzroku. Nie zdziwiłabym się, gdyby za rolę Marie otrzymała nominację do Oscara, chociaż rywalizacja między aktorkami w sezonie oscarowym jest w tym roku wyjątkowo zacięta.
Film "Malcolm i Marie" warto więc obejrzeć chociażby dla Zendayi i... związkowgo life-hacku, że czasem wystarczy słowo "dziękuję".
Może cię zainteresować także: 10 świetnych filmów o miłości, które... nie kłamią. Oto prawdziwa twarz związków – bez filtra
