Radioaktywny kryzys
"Radioaktywny kryzys" opowiada prawdziwą historię z lat 80. XX wieku Fot. Netflix

Serial "Radioaktywny kryzys" błyskawicznie podbił widzów i dziś jest numerem jeden na polskim Netflixie. Brazylijska produkcja opowiada wstrząsającą, a przy tym mało znaną prawdziwą historię, która zaczęła się od pozornie błahej kradzieży. Nic dziwnego, że wielu widzów porównuje miniserial do "Czarnobyla" – choć skala wydarzeń i sposób opowiadania tej historii są zupełnie inne.

REKLAMA

Akcja miniserialu "Radioaktywny kryzys" przenosi nas do 1987 roku, do miasta Goiânia w środkowej Brazylii. To właśnie tam doszło do jednego z najpoważniejszych wypadków radiologicznych w historii, związanego nie z elektrownią jądrową, lecz z porzuconym sprzętem medycznym.

"Radioaktywny kryzys" to hit Netflixa z Brazylii. Jest oparty na faktach

Twórca produkcji, Gustavo Lipsztein, wraz z reżyserami Fernando Coimbrą i Iberê Carvalho, rekonstruuje wydarzenia, które rozpoczęły się od pozornie niewinnej kradzieży. Dwóch mężczyzn włamuje się do opuszczonego ośrodka radioterapii i wynosi jedno z urządzeń, nie mając pojęcia, że w jego wnętrzu znajduje się kapsuła z silnie promieniotwórczym cezem-137, izotopem o długim czasie rozpadu.

Gdy złodziejom udaje się otworzyć kapsułę, dochodzi do uwolnienia substancji, która – choć początkowo fascynuje swoim niebieskim blaskiem – szybko okazuje się śmiertelnie niebezpieczna. Skażony materiał zaczyna krążyć między mieszkańcami, a konsekwencje tej niewiedzy są tragiczne.

Serial skupia się przede wszystkim na walce z czasem: lekarze, fizycy i służby próbują zrozumieć, z czym mają do czynienia, oraz powstrzymać rozprzestrzenianie się skażenia. Chaos informacyjny, brak procedur i rosnąca panika napędzają kolejne odcinki. Jednocześnie twórcy – podobnie jak znakomity "Czarnobyl" z 2019 roku – nie uciekają od pokazania ludzkiego wymiaru tragedii i historii osób, które nieświadomie zetknęły się z radioaktywną substancją.

'Radioaktywny kryzys": prawdziwa historia skażenia w Goiânii jest równie dramatyczna

Wydarzenia, na których oparto serial, są równie wstrząsające jak jego ekranowa wersja. Skażenie w Goiânii w Brazylii przez długi czas pozostawało nierozpoznane. Pierwsze objawy wśród mieszkańców – wymioty, oparzenia, osłabienie – nie były od razu kojarzone z promieniowaniem.

Przełom nastąpił dopiero kilkanaście dni później, gdy jedna z mieszkanek, Maria Gabriela Ferreira, podejrzewając związek choroby z fragmentem złomu, zawiozła go do szpitala. To właśnie jej intuicja uruchomiła lawinę zdarzeń: identyfikację źródła, działania służb i szeroko zakrojoną akcję ratunkową. W momencie odkrycia zagrożenia nawet 90 procent radioaktywnego materiału było już rozproszone w środowisku.

Dalsza część artykułu poniżej.

Ponad 100 tysięcy osób poddano badaniom, a u setek wykryto niebezpieczne dawki promieniowania. Cztery osoby zmarły, w tym kilkuletnia dziewczynka, która miała kontakt z substancją. Mieszkańcy byli poddawani specjalistycznym procedurom oczyszczania organizmu, m.in. przy użyciu błękitu pruskiego, który pomaga usuwać cez z ciała.

Skala operacji oczyszczania była ogromna i bezprecedensowa, bo cez-137 potrafi skazić otoczenie na całe dekady. Zanieczyszczoną ziemię usuwano, budynki burzono, a całe wyposażenie domów segregowano i badano pod kątem promieniowania. Część przedmiotów poddawano skomplikowanej dekontaminacji, inne trafiały na składowiska odpadów radioaktywnych. Skutki zdrowotne, psychologiczne i społeczne odczuwano jeszcze przez długie lata.

"Radioaktywny kryzys" niczym "Czarnobyl"

"Radioaktywny kryzys" liczy zaledwie pięć odcinków, każdy trwający około godziny, więc obejrzymy go w dwa wieczory. Brazylijski serial otrzymuje dobre opinie – na IMDb jest oceniany aż na 7,7/10, a na polskim Filmwebie na 7,1/10. Widzowie porównują go tematycznie do wspomnianego "Czarnobyla" i niedawnych "Ołowianych dzieci" z Joanną Kulig.

Choć recenzje wskazują, że produkcja nie dorównuje mistrzowskiej konstrukcji hitu HBO, skutecznie przybliża zapomnianą katastrofę w Brazylii – ocenioną na 5. poziom w siedmiostopniowej skali INES, czyli jako "awarię z rozległymi skutkami" – i pokazuje, jak niewiele trzeba, by doszło do tragedii na ogromną skalę.