Armie Hammer w Citizen Vigilante
"Citizen Vigilante" to nowy film "najgorszego reżysera świata" Fot. Kadr z "Citizen Vigilante"

"Citizen Vigilante", nowy akcyjniak Uwego Bolla z zapomnianym Armiem Hammerem w roli głównej, został okrzyknięty przez krytyków jednym z najgorszych filmów roku. W Niemczech praktycznie zablokowano jego dystrybucję, a antyimigrancki gniot błyskawicznie stał się symbolem politycznej wojny wokół migracji. Gdy wydawało się, że kontrowersyjne "dzieło" szybko zniknie z radarów, z pomocą przyszedł... Elon Musk.

REKLAMA

Za film "Citizen Vigilante" odpowiada Uwe Boll, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci współczesnego kina. Swego czasu był nawet nazywany "najgorszym reżyserem świata" oraz duchowym następcą Eda Wooda, autora słynnych filmowych gniotów z lat 50. Jego dzieła to filmy klasy B, a w niektórych przypadkach nawet klasy C – prymitywne scenariusze, fabularne dziury, koszmarne dialogi, tania sensacja, krwawa przemoc i zapomniane gwiazdy.

Boll zasłynął przede wszystkim fatalnymi ekranizacjami gier komputerowych, jak "Far Cry", "Dom śmierci", "Alone in the Dark: Wyspa cienia" czy "BloodRayne", które przyprawiły graczy o palpitacje serca. W 2006 roku odpowiedział miażdżącym go recenzentom – wyzwał kilku swoich największych krytyków na... walki bokserskie i kolejno ich pokonał.

Z czasem Boll porzucił adaptacje gier na rzecz brutalnych thrillerów politycznych ("Rampage", "Mściciel z Wall Street"), w których regularnie sięga po motyw samotnego mściciela walczącego z systemem. To właśnie dzięki nim zbudował swoją markę bezkompromisowego twórcy undergroundowego kina. Nie zmieniło to jednak jego opinii – do dziś jest ikoną paździerzy i złego smaku.

"Citizen Vigilante" miał być również wielkim powrotem Armiego Hammera. Popularny aktor, który jeszcze kilka lat temu zachwycał w "The Social Network" czy "Tamtych dniach, tamtych nocach", praktycznie zniknął z Hollywood po oskarżeniach o przemoc seksualną (pojawiły się zarzuty o... kanibalizm).

Hammer zaprzeczał, choć przyznawał, że przed laty był "dupkiem" w związkach. Choć ostatecznie amerykańska prokuratura nie postawiła mu zarzutów, jego kariera załamała się na kilka lat. W Hollywood Hammer nadal jest pariasem, więc niemiecko-chorwacki film miał być wielkim comebackiem 39-letniego Amerykanina.

logo
Fot. Kadr z "Citizen Vigilante"

O czym jest "Citizen Vigilante" z Armiem Hammerem? Imigrant morduje imigrantów

"Citizen Vigilante" opowiada o Michaelu Sandersie, Amerykaninie mieszkającym w Europie, który dochodzi do wniosku, że policja i wymiar sprawiedliwości przestały chronić zwykłych obywateli. Niczym komiksowy Punisher zaczyna więc sam wymierzać sprawiedliwość. Początkowo jego ofiarami są muzułmańscy migranci powiązani z przestępczością, później na celowniku znajdują się również skorumpowani politycy, sędziowie i inni przestępcy.

Narrację i ton ustawia już jednak pierwsza scena – krwawy i brutalny atak nożownika z Bliskiego Wschodu na przypadkową kobietę spacerującą z dzieckiem. To wtedy bohater decyduje, że "miarka się przebrała" i zaczyna nagrywać swoje skrajnie prawicowe manifesty w mediach społecznościowych oraz planować samosądy. Szybko staje się bohaterem internetu.

Film został oskarżony o rasizm, antyimigrancki ton i propagandę, bo Boll nie bawi się w niuanse – zbrodnia w jego filmie ma wyraźnie etniczne i religijne korzenie. Reżyser inspirował się prawdziwymi wydarzeniami. Według Variety punktem wyjścia była głośna sprawa z Hamburga z 2016 roku, gdy grupa nastolatków zgwałciła 14-latkę, a sprawcy otrzymali jedynie wyroki w zawieszeniu. Reżyser przyznał również, że miał ogromny problem ze znalezieniem aktorów gotowych zagrać muzułmańską rodzinę w jednej z najbardziej kontrowersyjnych scen swojego radykalnego filmu. Twierdził, że odmówiły "setki" osób.

W Niemczech wybuchł skandal. Odmówiono przyznania filmowi kategorii wiekowej, co było końcem marzeń Bolla o szerokiej dystrybucji. Reżyser przekonywał, że nie chodziło o ochronę młodzieży, lecz o politykę. Mówił o cenzurze. W rozmowie z "The Daily Telegraph" mówił: "Zatrudniłem prawnika, aby odwołać się od tej decyzji, ale przegraliśmy głosowanie sześcioma głosami do dwóch. Powiedziano mi, że film podżega do przemocy wobec migrantów".

Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zakaz tylko zwiększył hype wokół filmu. Na pomoc Bollowi ruszył Elon Musk, który 25 czewca udostępnił cały film za darmo na swoim profilu w serwisie X, gdzie obserwuje go około 240 milionów użytkowników. "Citizen Vigilante" był dostępny jedynie przez 48 godzin, ale zdążył narobić szumu. Kilka dni później miliarder, który słynie ze skrajnie prawicowych poglądów, cieszył się na X zapowiedzianym już przez Bolla "Citizen Vigilante 2", który ma trafić do widzów w 2027 roku.

Obecnie film z Hammerem można legalnie wypożyczyć lub kupić wyłącznie w amerykańskich serwisach VOD, między innymi Apple TV i Prime Video. W Polsce i w większości Europy filmu nigdzie oficjalnie nie obejrzymy, ale kontrowersje i rozgłos sprawiły, że pirackie kopie zalewają internet.

logo
Fot. Kadr z "Citizen Vigilante"

"Citizen Vigilante" to nie tylko kontrowersja. To filmowy gniot

Z powodu skandalizującego i propagandowego tonu większość głównych amerykańskich mediów branżowych w dużej mierze przemilczała film, a na Rotten Tomatoes znajduje się zaledwie kilka profesjonalnych recenzji. Te, które się pojawiły, są jednak bezlitosne, bo "Citizen Vigilante" nie tylko jest celowo prowokacyjny i polaryzujący – jest również, jak na twórczość Uwe Bolla przystało, koszmarnie zły.

Todd Gilchrist z Variety nazwał produkcję "brutalnym, chaotycznym i moralnie bankrutującym kinem eksploatacji" (Uwe Boll jest mistrzem kina eksploatacyjnego, które żeruje na najniższych ludzkich instynktach, lękach i taniej sensacji). Krytyk dodał również, że film jest "tak niewiarygodnie zły, że momentami sprawia wrażenie, jakby Uwe Boll celowo sabotował próbę powrotu Armiego Hammera do Hollywood."

Jonathon Wilson z Ready Steady Cut ocenił film na pół gwiazdki, pisząc, że jest to produkcja "dla ludzi przekonanych, że za całą przemoc na Zachodzie odpowiadają imigranci i którzy chcą traktować ten film jako uzasadnienie obrony swojej ojczyzny." Brian Orndorf z Blu-ray.com podsumował całość krótko: "To wielki, głupi i kompletnie bezmyślny film". Niektórzy piszą wprost, że to jeden z najgorszych filmów roku.

Kontrowersje i bezlitosne recenzje nie przeszkodziły jednak widzom rzucić się na "dzieło Bolla". Ich reakcje są zupełnie inne niż opinie krytyków. Na Filmwebie "Citizen Vigilante" ma obecnie ocenę 7,2/10, IMDb pokazuje 6,8/10, a na Rotten Tomatoes aż 94 proc. użytkowników wystawiło produkcji pozytywną notę. Akcyjniak z Hammerem zdobył szczególne uznanie w środowiskach prawicowych i antyimigranckich, gdzie chwalony jest za "odwagę" i poruszenie tematu, którego, zdaniem fanów, współczesne kino unika z powodu poprawności politycznej.

Dalsza część artykułu poniżej.

"Citizen Vigilante" tylko podsyca radykalizm, z którym Europa i tak ma problem

Na tym właśnie polega największy problem z "Citizen Vigilante". Owszem, kino ma prawo prowokować i podejmować niewygodne tematy, a kryzys migracyjny to bez wątpienia jedno z najtrudniejszych wyzwań współczesnej Europy. Wiąże się zarówno z realnymi problemami bezpieczeństwa, jak i z niewydolnością systemową państw, trudną integracją oraz odpowiedzialnością za los milionów ludzi uciekających przed wojną i biedą.

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy tak złożone zjawisko zostaje sprowadzone do bezmyślnego, czarno-białego schematu. W filmie Bolla nie ma miejsca na niuanse, a narracja jest prymitywna: imigrant popełnia zbrodnię wyłącznie dlatego, że jest imigrantem, a jedynym rozwiązaniem jest jego likwidacja. Proste.

Reżyser gubi się przy tym we własnej logice. Mścicielem czyni bogatego Amerykanina, który bezwzględnie ściąga czynsze od lokatorów mieszkań odziedziczonych po zmarłym ojcu, a jednocześnie... sam jest imigrantem. A to nie pozostawia wątpliwości, o jakich imigrantów tak naprawdę Bollowi chodzi.

Zamiast punktu wyjścia do rzetelnej debaty o polityce migracyjnej otrzymujemy więc niebezpieczną fantazję o krwawym samosądzie. Tego typu opowieści nie pomagają ani zrozumieć problemu, ani znaleźć jego rozwiązań. Wręcz przeciwnie – podsycają społeczny strach, pogłębiają polaryzację, sprowadzają ludzi do stereotypów i karmią radykalizm, z którym Europa i tak ledwo sobie dziś radzi.

Popkultura powinna być odpowiedzialna. Jak widać, Boll woli szokować i monetyzować społeczny strach oraz nienawiść.