
Wielkimi krokami zbliża się do nas Godzilla. A dokładniej: "Godzilla Minus Zero", czyli kontynuacja niezwykle udanej ekranizacji historii o najsłynniejszym, zmutowanym gadzie popkultury. Japończycy już pokazali, że jeżeli ktoś ma tworzyć takie filmy, to tylko oni.
"Godzilla Minus Zero" ma być bezpośrednią kontynuacją filmu "Godzilla Minus One" z 2023 roku. Do sieci trafił właśnie nowy trailer, który po raz kolejny udowadnia, że filmy o Godzilli powinni kręcić tylko Japończycy. Amerykanie, łapy precz!
"Godzilla Minus Zero", czyli atak na Nowy Jork
Akcja "Godzilla Minus Zero" ma mieć miejsce w 1949 roku, czyli dwa lata po wydarzeniach, które oglądaliśmy w "Godzilla Minus". Głównymi bohaterami mają być znani nam z pierwszej części były pilot wojskowy Kôichi Shikishima i jego partnerka Noriko Ôishi. Oczywiście pomagać będą im też inni znani nam z "jedynki" japońscy eksperci od pokonywania zmutowanych dinozaurów.
Tym razem, co już widać na nowym trailerze, Godzilla ma być jeszcze większa niż wcześniej. Ma też większy apetyt – tym razem na Nowy Jork.
Film ponownie wyreżyseruje Takashi Yamazaki. Obsada też będzie, jak wynika z listy płac, podobna. To bardzo dobra wiadomość, gdyż to właśnie ona sprawiła w dużej mierze, że "Godzilla Minus" okazała się tak dużym przebojem, zarówno artystycznym, jak i kasowym.
Ostatnia japońska interpretacja historii Godzilli zarobiła na całym świecie 116 milionów dolarów. Tym samym okazała się najlepiej zarabiającą japońską produkcją o wielkim gadzie w historii. Zgarnęła też Oscara za najlepsze efekty specjalne.
"Godzilla Minus Zero" trafi do japońskich kin 3 listopada. Trzy dni później zobaczy ją reszta świata.
Japończycy wiedzą, o co chodzi w monster movies
I jest na co czekać, gdyż "Godzilla Minus" pokazała, że Japończycy potrafią kręcić tego typu filmy i wiedzą, skąd bierze się ich fenomen. Jednocześnie pozwolili nam zrozumieć, co jest nie tak z amerykańskimi ekranizacjami.
"Godzilla" z 1998 r. ma jeszcze najntisowy vibe i głupotki charakterystyczne dla kina akcji końca lat 90. XX wieku. Straszne rzeczy z Godzillą Amerykanie zaczęli wyrabiać od 2014 roku. Pierwszy film Garetha Edwardsa pokazał, że on i jego współpracownicy tak naprawdę nie rozumieją fenomenu potwora. Kolejne filmy stworzone przez Hollywood, "Godzilla II: Król potworów" i "Godzilla vs. Kong", na dobre zniszczyły dobre imię najbardziej przerażającej bestii w historii kina.
Dlaczego więc japońska interpretacja tak działa? Ponieważ ma bohaterów z krwi i kości, którym kibicujemy. Kôichi Shikishima to pilot-kamikadze, który przeżył wojnę. Wraz ze swoją partnerką stara się wrócić do świata żywych. Razem próbują zbudować swój nowy dom (i ten fizyczny, i emocjonalny). I na drodze staje im nie tylko powojenna rzeczywistość, ale też groźny, wielki potwór.
Japońska Godzilla Minus reprezentuje dziką siłę natury – nie wiemy do końca, o co jej chodzi, poza tym, że chce niszczyć i mordować. Może to kara matki-natury za użycie bomby atomowej? Ziemska Nemesis ludzkiej cywilizacji? I dlatego – przez swoją psychopatię i nieprzewidywalność – ten potwór jest tak straszny. To nie sprzymierzeniec ludzkości, który chce nas przed czymś obronić, a wróg jakiego jeszcze nie mieliśmy.
Pozostaje mieć nadzieje, że "Godzilla Minus Zero" powtórzy sukces poprzedniego filmu i doczekamy się części trzeciej.
