Genevieve O'Reilly w serialu "Andor"
Serial "Andor" to najlepsze, co mogło spotkać "Gwiezdne wojny" Fot. materiał prasowy

Rozumiem, że niektórych widzów żółty szyld z napisem "Gwiezdne wojny" odpycha, niemniej czasem warto uwierzyć na słowo fanowi "Star Warsów", gdy mówi, że "Andor" to jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych seriali ostatnich lat. Nie ma w nim ani Jedi, ani mocy, są za to polityczne intrygi, rewolucja i dojrzała telewizja. Tego seansu nie pożałujecie.

REKLAMA

W święto "Gwiezdnych wojen" (4 maja – data wybrana na podstawie fonetycznego podobieństwa do słów: "May the Force be with You"), warto dać szansę historiom rozgrywającym się "dawno, dawno temu w galaktyce", jeśli dotąd się ich unikało.

Miecze świetlne, powtarzalny schemat "wielkiego zwycięstwa dobra nad złem" i elementy charakterystyczne dla kosmicznej opery nie tyczą się jednego serialu z tegoż uniwersum, który niejako stanowi pomost między "Star Warsami" a niechętnie nastawioną do nich widownią. Jeśli on nie przekona sceptyków do galaktycznej franczyzy, gra skończona, aczkolwiek szanse na niepowodzenie są mikroskopijne.

"Andor" to najlepszy (i najbardziej niedoceniony) serial ze świata "Gwiezdnych wojen". Jest niesamowicie aktualny

Cassian Andor nie jest protagonistą, o jakim śniliśmy, ale którego podświadomie potrzebowaliśmy. Serial "Andor" ukazuje lata poprzedzające wydarzenia z "Łotra 1", gdy początki nieistniejącego jeszcze Sojuszu Rebeliantów dały podziemne działania niepowiązanych ze sobą i rozsianych po całej galaktyce ruchów oporu. Walka z Galaktycznym Imperium – rządzonym przez niewidocznego na małym ekranie tyrana – nie kończy się piękną, heroiczną śmiercią. Każdy, kto marzy o obaleniu dyktatury, musi być gotowy na to, by ubrudzić sobie ręce.

W obliczu obecnego renesansu faszyzmu, gróźb wojny, kryzysu zachodniej demokracji i kapitalizmu stopniowo przeradzającego się w technokrację "Andor" prezentuje się jako komentarz adekwatny do naszych czasów, stale przypominając nam o tym, że odległa galaktyka jest nam w rzeczywistości niezwykle bliska. Robi w sposób angażujący – w powietrzu czuć napięcie tak gęste jak w pierwszych odsłonach "House of Cards", "Gry o tron" i "Czarnobyla".

logo
Diego Luna w serialu "Andor". Fot. materiał prasowy
Tony Gilroy wykorzystał bogate lore kultowej serii, by opowiedzieć historię pełną niuansów, w której czuć prawdziwe – i tak nieoczywiste dla współczesnych "Star Warsów" – ryzyko.

Reżyser i scenarzysta Tony Gilroy widzi w historii dziedzinę, która może pomóc nam przełamać błędne koło – cykl przemocy oraz kroczącego za nią wyzysku. Wiele scen w "Andorze" przypomina urywki seriali dokumentalnych i reportaży politycznych omawiających II wojnę światową (w tym bardziej szczegółowe wydarzenia – m.in. ostatni komunikat Polskiego Radia z 1 września 1939 roku), zimną wojnę, wojnę w Wietnamie (powrót do korzeni twórczości George'a Lucasa) lub politykę prezydenta USA Donalda Trumpa.

"Gilroy nie bierze jeńców i podkręca ryzyko do granic możliwości, ukazując koszt, jaki niesie ze sobą rewolucja, ale i idącą z nim ramię w ramię nadzieję" – pisaliśmy w recenzji drugiego i tym samym finałowego rozdziału przygód oficera wywiadu Sojuszu Rebeliantów.

Cassian Andor krąży po galaktyce to tu, to tam, robiąc miejsce bohaterom zbiorowym – kłócącym się ze sobą dwóm frakcjom młodych rebeliantów, ekstremistom Saw Gerrery, podziemiu jednej z planet atakowanych przez aparat władzy i mieszkańcom okupowanych terenów, którzy pomagają ukrywać się uchodźcom bez wiz. Tytułowy szpieg schodzi poniekąd na drugi plan, pozwalając wybrzmieć dynamice konkretnych grup społecznych (poszczególnym odłamom Rebelii).

Dalsza część artykułu poniżej.

Diego Luna porusza swoim występem w "Andorze"

Diego Luna ("I twoją matkę też") przewodzi obsadzie "Andora", którą w sezonie nagród potraktowano karygodnie. Gilroy pozwolił meksykańskiemu aktorowi odsłonić przed widownią cały swój potencjał. Pod względem aktorstwa w serialu nie usłyszymy fałszywych tonów.

logo
Stellan Skarsgård i Elizabeth Dulau w serialu "Andor". Fot. materiał prasowy

Genevieve O'Reilly ("Susza") jako liberalna pani senator Mon Mothma, Forest Whitaker ("Ostatni król Szkocji") jako nieobliczalny rewolucjonista Saw Gerrera, Stellan Skarsgård ("Wartość sentymentalna") jako szara eminencja imieniem Luthen Rael i Kylie Soller ("Bodies") jako inspektor Syril Karn, który wierzy w nieomylność Imperium – to tylko wierzchołek góry świetnie napisanych postaci i rewelacyjnej gry aktorskiej w "Andorze".

W obsadzie serialu, którego 24 odcinki obejrzymy w serwisie streamingowym Disney+, znaleźli się również: Fiona Shaw ("Harry Potter"), Denise Gough ("Skradzione dziecko"), Adria Arjona ("Mrugnij dwa razy"), Ben Mendelsohn ("Bloodline"), Alex Lawther ("The End of the F***ing World"), Andy Serkis ("Władca Pierścieni") i Elizabeth Dulau ("Ród Guinnessów").