
Już 19 maja w Polsce ponownie zagra Metallica. Z tej okazji przygotowaliśmy dla was zestawienie trzech najbardziej, naszym zdaniem, niedocenionych płyt w dyskografii tego zespołu. Dajcie tym albumom kolejną szansę.
Metallica co pewien czas wraca do Polski. Pierwszy raz pojawiła się u nas w 1987 r. i od tego czasu promowała u nas niemal każde swoje wydawnictwo płytowe. Nie wszystkie jej albumy są jednak doceniane przez fanów. Teraz weźmiemy je na tapet i postaramy odnaleźć w nich to, co większość nie dostrzega.
Metallica na nowo
Twórcy "Master of Puppets" budzili emocje już przy drugiej swojej płycie, "Ride the Lightning", na której pojawiła się pierwsza w historii grupy ballada. Tak, dziś Metallica stoi balladami, ale w 1984 r. był to zespół spod znaku kostkowanych riffów, jazgotliwych solówek i wrzaskliwych wokali.
Kolejne lata pokazały, że pod bujnymi czuprynami kryli się tak naprawdę wrażliwi muzycy z talentem do pisania pięknych melodii. Fani akceptowali to do płyty "Metallica", później grupa zdradziła!
O ile słynny "Czarny album" (czyli właśnie jakże oryginalnie zatytułowana "Metallica") był jeszcze dla twardogłowych metalowców do zaakceptowania, tak "Load" został uznany za koniec grupy, która nagrała wiekopomne "Kill'em All".
Dlaczego? Zacznijmy od tego, że cały kwartet jak na rozkaz ściął włosy! Już to zapowiadało, że thrash metalu na nowej płycie będzie tyle ile ciszy na koncercie Slayera.
I faktycznie, wydany w 1996 roku "Load" jest wydawnictwem rockowym, inspirowanym stoner metalem (szczególnie formacją Corrosion of Conformity), twórczością Alice in Chains, a nawet country (ballada "Mama Said"). czy to jednak sprawia, że całość jest słaba? Nie!
To po prostu Metallica w innym, lżejszym wydaniu. Choć nadal dbająca o dramaturgię kompozycji i oferująca potężne emocje. A, i nie sposób nie wspomnieć tu o dwóch długich, mrocznych balladach, "Outlaw Torn" i "Bleeding Me", które wyniosły twórczość "Mety" na nowy poziom.
Metallica jest wkurzona
Po latach fani przestali już wierzyć, że Metallica nagra jeszcze coś mocnego i metalowego. Do tego na początku XXI w. grupa niemal się rozpadła: jej frontman, James Hetfield, trafił na odwyk alkoholowy, a basista, Jason Newsted, odszedł i założył swoją własną kapelę.
Wokalista opuścił jednak w końcu klinikę odwykową, bas na swoje barki tymczasowo wrzucił długoletni producent na dworze Metalliki, Bob Rock, i w takich warunkach zespół nagrał "St. Anger".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Album uchodzi za najbardziej kontrowersyjny w całej dyskografii "Mety". Powód? Muzycy zaczęli na nim ponownie hałasować i grać metal, ale zrobili to po swojemu: zamiast inspirować się własnymi krążkami z lat 80., czerpali sporo z nowych wydawnictw System of a Down czy Slipknota, formacjami młodszymi o niemal pokolenie.
W efekcie powstała płyta trudna w odbiorze, z brzmieniem, które zachwycić może fana grindcore'a, ale nie klasycznego heavy czy thrash metalu. Hetfield rzadko tu śpiewa, a najczęściej drze się tak jakby chciał wykrzyczeć cały ból, jaki skumulował się w nim przez lata. Lars Ulrich uderza w źle nastrojony werbel niczym maniak, a Kirk Hammett... nie gra solówek.
To nie jest wydawnictwo dla kogoś, kto pokochał Metallikę za "Czarną płytę", ale fani bardziej ekstremalnej muzyki zdecydowanie znajdą tu wiele elementów dla siebie.
Metallica i projekt z Lou Reedem
I wreszcie "Lulu". Właściwie ta płyta nie wchodzi nawet do oficjalnej dyskografii Metalliki: to projekt muzyków z Lou Reedem, legendarnym wokalistą Velvet Underground.
Razem kwintet (Reed, Hetfield, Ulrich, Hammett i nowy basista Metalliki, Robert Trujillo) nagrali jedną z najdziwniejszych, ale zarazem najbardziej fascynujących płyt w historii szeroko pojętego rocka.
Właściwie to forma słuchowiska, oparta na sztukach Franka Wedekinda ("Duch ziemi" i "Puszka Pandory"). Teksty opowiadają historię tytułowej Lulu, tancerki i prostytutki, która manipuluje swoim otoczeniem, ale na końcu spotyka ją tragiczny finał. Całość dotyczy upadku moralnego, przemocy s*ksualnej oraz ciemnej strony ludzkiej natury.
Tę tragiczną historię Metallica zilustrowała agresywnymi riffami, które mogłyby znaleźć się na jej klasycznych thrashmetalowych albumach. Lou Reed tu nie śpiewa, jedynie recytuje swoim chropowatym głosem posępne liryki. Jedynie w paru momentach wspiera go Hetfield.
Całość jest ciężka do przebrnięcia dla kogoś, kto kocha Metallikę tylko za hity pokroju "Enter Sandman". To coś bliższego "dziwnograjom" pokroju Swans czy Einstürzende Neubauten. Może dlatego album został wyklęty przez większość fanów i słabo się sprzedał (niespodzianka!). Jeżeli jednak ktoś szuka muzyki niebanalnej, wymagającej skupienia i przygotowania, zdecydowanie polecamy.
