
Za nami Mystic Festival 2026, największy festiwal metalowy w Polsce. Choć wydarzenie było bardzo udane, pokazało też pewną przykrą prawdę: coraz częściej chcemy "kupować" nostalgię, a nie płynącą z serca twórczość.
Letni sezon koncertowy w Polsce dopiero się rozpoczął, a za nami już m.in. występ Metalliki w Chorzowie czy Mystic Festival z takimi gwiazdami jak Megadeth czy Behemoth. Oba wydarzenia pokazały jednak też pewną smutną prawdę: fani metalu zamienili się w inżyniera Mamonia.
Metallica gra w kółko to samo
Koncert Metalliki w naszym kraju był bez wątpienia wielkim wydarzeniem: gigantycznym spektaklem dla 90 tys. fanów, którzy zachwyceni odśpiewali z Jamesem Hetfieldem największe hymny grupy (i cover Perfectu).
No właśnie, jak już pisałem w swojej relacji z tego koncertu, Metallica od lat gra na żywo niemal to samo. I jasne, w setliście muszą się pojawić "Enter Sandman", "Nothing Else Matters" czy "One", ale dlaczego by tak nie sięgnąć po rzadziej grane numery z drugiej połowy albumu "Master of Puppets", ballady z płyty "Load" czy mniej znane kompozycje z "... And Justice for All".
Odpowiedź na tak zadane pytanie jest straszna: ponieważ fani domagają się szlagierów, a nie ciekawostek z dyskografii. Sama Metallica boleśnie przekonała się o tym w 2014 r., gdy zaproponowała fanom układ: w czasie trasy będzie grała tylko te numery, które wybiorą nabywcy biletów. Wynik głosowania? Znowu "Enter Sandman", "Nothing Else Matters", "One" i inne powtarzane przez muzyków od dekad hity.
Metal nagle zdziadział
Problem nie dotyczy jednak tylko setlist takich gigantów jak Metallica czy Iron Maiden (choć ci drudzy pokazali w czasie ostatniej trasy, że potrafią sięgać po mniej oczywiste wybory). Problemem staje się to, że metal jako gatunek przestaje się powoli rozwijać. I problem dotyczy nie tylko klasyków, ale też młodszych muzyków. No i fanów, ale o tym za chwilę.
Każdy, kto pamięta lata 80., 90. i wczesne dwutysięczne, wie, że wtedy niemal co sezon powstawały całkiem nowe podgatunki. Thrash metal, death metal, techniczny death metal, black metal, postblack metal, gothic metal, nu metal, post metal – powoli zaczynało być to już wręcz zabawne i memiczne. Ale pokazywało potencjał i kreatywność muzyków.
Ostatnie przełomy na tym polu dokonały się ponad dwadzieścia lat temu, gdy grupy takie jak Limp Bizkit i Linkin Park spopularyzowały nu metal, Gojira nagrywała swoje pierwsze albumy, a francuska scena blackmetalowa wydała na świat przerażające projekty pokroju Deathspell Omega (ci przyznawali się nawet do inspirowania się muzyką Krzysztofa Pendereckiego!) czy Antaeus.
Nawet legendy nie bały się jeszcze wtedy eksperymentować. Wystarczy wymienić Metallikę z jej "St. Anger" czy klasyków black metalu, grupę Mayhem, która w 2000 r. wydała awangardowy album "Grand Declaration of War".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Nostalgia się sprzedaje
Nagle stało się jednak coś dziwnego. Metallica w 2008 r. dokonała rebrandingu, powróciła do starego logo i nagrała generyczne "Death Magnetic". Jej szlakiem podążył Slayer, pisząc wtórny materiał na swoje ostatnie trzy płyty. Kolegów postanowiła też szybko dogonić na tym polu formacja Megadeth. I całe pokolenie metalowców.
By tylko pozostać w zaprezentowanym już tu gronie: muzycy Mayhem od lat próbują na nowo nagrać swój debiut, Linkin Park powróciło z płytą, która brzmi jak remake pierwszych dwóch krążków tego zespołu, nawet Behemoth utknął w miejscu.
Oczywiście, można powiedzieć, że muzycy po prostu z wiekiem uznali, że nie chcą już eksperymentować i wolą wrócić do tego, co grało im w duszy, gdy byli młodzi. Tyle że chodzi chyba o coś innego: o to, że nostalgia za "starymi czasami" po prostu się sprzedaje.
Jakby tego było mało, na rynku zaczęły pojawiać się duże cover bandy, dla niepoznaki sprzedawane wam jako "tribute bandy". Na czym tu polega biznes? Świetnym przykładem jest Blood Fire Death, grupa złożona ze znanych skandynawskich muzyków, którzy na żywo odgrywają materiał z płyt nieistniejącego już projektu Bathory (jego twórca zmarł w 2004 r., wcześniej nie grał w ogóle koncertów).
Albo jeszcze lepiej: Death to All. To zespół, w którym gra trzech byłych muzyków grupy Death, której lider, Chuck Schuldiner, zmarł w 2001 roku. Jego byli koledzy wpadli więc na świetny pomysł: grają koncerty, na których wykonują na żywo utwory z tak pomnikowych płyt jak "Human" czy "Symbolic". I co najgorsze, na Mystic Festival ich występ przyszło zobaczyć dwa razy więcej osób niż grającego przed nimi Coronera – zespół, który się nie poddał i nadal eksperymentuje ze swoją muzyką.
Ale o co ci, drogi autorze, chodzi?
Oczywiście ktoś może teraz uznać, że po prostu marudzę. Chodzi jednak o to, że muzyka jest fascynującą przygodą, gdy oferuje nam stale coś nowego, gdy jej twórcy przekraczają kolejne granice, a nie próbują dokonać autoplagiatu.
Dlaczego jednak muzycy, szczególnie ci zawodowi, idą dziś na taką łatwiznę? Wynika to z faktu, że chce tego publika, czyli wy. Nie bez powodu Coronera oglądało na żywo dwa razy mniej ludzi niż Death to All, a najciekawsze koncerty na Mystic Festival odbyły się w "mniejszej", undergroundowej części festiwalu. Granie pod gusta tłumu po prostu się opłaca.
I stan ten nie zmieni się, dopóki sami fani (tu w roli konsumentów) nie zmienią swojego podejścia.




