Donald Trump na tle Białego Domu podczas UFC Freedom 250
Takiego eventu Biały Dom jeszcze nie widział. I całe szczęście Fot. X / The White House // Shutterstock // montaż: naTemat

250. rocznica powstania USA miała być okazją do celebracji amerykańskiej historii i demokracji. Zamiast tego świat ujrzał walki MMA na trawniku Białego Domu, logotypy komercyjnych sponsorów w przestrzeni państwowej oraz uśmiechniętego prezydenta oklaskującego zawodnika, który tuż po zwycięstwie ogłosił przed kamerami, że "Michelle Obama jest mężczyzną". Trudno o bardziej wymowny symbol Ameryki ery Donalda Trumpa.

REKLAMA

Gala UFC Freedom 250, zorganizowana przy Białym Domu – oficjalnie z okazji 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych, a nieoficjalnie z okazji 80. urodzin Donalda Trumpa – od początku budziła kontrowersje. Krytycy zarzucali republikańskiej administracji wykorzystywanie historycznej, państwowej przestrzeni do organizacji komercyjnego i prywatnego widowiska MMA. Widowiska, w którym półnadzy mężczyźni okładali się w klatce tuż obok gmachu pamiętającego czasy Abrahama Lincolna, Franklina Delano Roosevelta i Johna F. Kennedy'ego.

"Michelle Obama jest mężczyzną", czyli Donald Trump świętuje 250-lecie USA i swoje 80. urodziny

W relacjach amerykańskich komentatorów powtarza się słowo "cyrk". Trudno się nie zgodzić, szczególnie oglądając "przemowę" Josha Hokita po walce, w której pokonał Derricka Lewisa.

28-latek w chustce w kolorach amerykańskiej flagi na głowie nagle wrzasnął do kamery: "Michelle Obama jest mężczyzną. Mam rację, Ameryko?", po czym odszedł, zostawiając zaskoczonego prowadzącego Joe Rogana, który szybko zakończył rozmowę. Hokit chyba nie dostał owacji, jakich się spodziewał – owszem, ludzie klaskali, niektórzy się śmiali, ale wielkich wiwatów nie było.

Słowa Hokita nie tylko były obraźliwe wobec byłej pierwszej damy, ale przede wszystkim nie miały żadnego sensu. Sportowiec rzucił je po prostu od czapy, przypominając – kuriozalną, nieprawdziwą i przy okazji transfobiczną – teorię spiskową republikanów o żonie byłego prezydenta Baracka Obamy. Teorię, która miała wyłącznie jeden cel: ośmieszenie czarnoskórej kobiety pełniącej wpływową funkcję publiczną.

Zresztą pokaz rasizmu dał też niedawno sam Trump, kiedy opublikował wideo, w którym Obamowie zostali przedstawieni jako małpy. Hokit idealnie wpasował się więc w gusta prezydenta, który siedział na widowni obok swojej żony Melanii Trump i Dany White'a, prezesa UFC, amerykańskiej federacji MMA. Zresztą, jak relacjonuje CNN, prezydent miał podobno na sekundę się uśmiechnąć po słowach zawodnika.

"'Michelle Obama jest mężczyzną' – wykrzyczane na trawniku Białego Domu, w klatce sponsorowanej przez Bud Light [amerykańską markę piwa – red.] i transmitowanej wyłącznie przez Paramount+ należące do Larry'ego Ellisona [przyjaciela Donalda Trumpa – red.]. Trudno o bardziej wymowny sposób świętowania 250-lecia Stanów Zjednoczonych i schyłku liberalnej demokracji" – napisał na X Tim Miller, autor popularnego podcastu "The Bulwark".

"Nie wypada też nie wspomnieć, że oktagon był sponsorowany przez Saudyjczyków, bo Trump zamienił nasz kraj w takiego bankruta, że narodowe obchody i prezydencki samolot muszą być finansowane przez jakichś szejków" – dodał.

Amerykanom wcale nie spodobała się gala MMA przed Białym Domem

Miller nie jest odosobniony w swojej krytyce, bo media społecznościowe od niej pęcznieją. Pojawiają się zarzuty prywatyzacji państwowych zabytków, upadku demokracji i ośmieszaniu narodowych instytucji. Granica między polityką i rozrywką praktycznie przestała istnieć, piszą amerykańskie media.

Wcześniej do sądu trafił nawet pozew mający zablokować organizację gali. Organizacja Public Integrity Project argumentowała, że wydarzenie jest de facto prywatną imprezą nastawioną na zysk i nie powinno odbywać się na terenie Białego Domu. Sąd ostatecznie dał UFC Freedom 250 zielone światło.

Trump niby chciał uczcić Stany Zjednoczone, ale nawet sami Amerykanie nie są przekonani, czy walki w oktagonie to dobry pomysł na urodzinowe przyjęcie. W ankiecie Reuters/Ipsos przeprowadzonej przed galą jedynie 16 procent badanych uznało organizację walk MMA przy Białym Domu za stosowną. Ponad 51 procent otwarcie potępiło event, reszta nie miała zdania. Z kolei 46 procent osób ankietowanych w Seton Hall Sports Poll uznało, że gala negatywnie wpływa na wizerunek historycznego domu amerykańskich prezydentów.

Ludzie protestowali przed ogrodzeniem posiadłości, krzyczeli o autorytarnym spektaklu i korupcji. Oczywiście nie wszyscy krytykowali galę. Choć sami republikanie też byli podzieleni, to twardy elektorat Donalda Trumpa, czyli MAGA, wychwalali UFC Freedom 250 jako pokaz amerykańskiej siły, potęgi i witalności. Fani MMA też byli oczywiście zachwyceni tym "historycznym" wydarzeniem.

Gala UFC Freedom 250 za 60 milionów dolarów, czyli witajcie w Ameryce Trumpa. Był też Karol Nawrocki

Ten pokaz siły słono kosztował, bo nie szczędzono rozmachu. Na potrzeby wydarzenia wybudowano tymczasową arenę dla ponad czterech tysięcy zaproszonych gości – polityków, biznesmenów, lobbystów, przedstawicieli branży technologicznej, celebrytów oraz wojskowych. Pojawił się także prezydent Polski Karol Nawrocki i założyciel Facebooka Mark Zuckerberg. Sam Trump miał osobiście wykonywać telefony do znajomych, zachęcając ich do udziału w wydarzeniu.

Nad oktagonem górowała gigantyczna konstrukcja o nazwie The Claw, czyli Szpon, mierząca niemal 30 metrów wysokości i stylizowana na amerykańską flagę (Trump miał nawet pomysł, żeby zostawić ją na południowym trawniku Białego Domu na stałe na wzór... Wieży Eiffla). W pobliżu przygotowano również strefę dla dziesiątek tysięcy kibiców oglądających transmisję na telebimach.

Według szacunków organizacja UFC Freedom 250 kosztowała około 60 milionów dolarów. Biały Dom zapewniał, że podatnicy nie finansują gali, a płaci za nią głównie UFC. Sama federacja zapowiadała z kolei, że odzyska jedynie część tej kwoty dzięki sponsorom i partnerom biznesowym. Dana White przyznawał otwarcie, że wcale nie chodzi o pieniądze, lecz o budowanie marki i wepchnięcie MMA do głównego nurtu amerykańskiej kultury.

Dalsza część artykułu poniżej.

Pytanie, czy państwowa przestrzeń powinna być wykorzystywana do organizacji komercyjnego (i brutalnego) widowiska. Na arenie nie brakowało logo sponsorów, reklam i korporacyjnych partnerów. Na siatkach oktagonu oraz w jego narożnikach znalazły się m.in. oznaczenia Polymarketu, czyli powiązanego z Trumpem kryptowalutowego rynku prognostycznego. De facto na trawniku przed Białym Domem promowano więc hazard.

Pieniędzmi szastano na prawo i lewo. White przyznał rekordowe nagrody finansowe dla zawodników UFC. Nagroda za "Walkę Wieczoru" wyniosła 400 tys. dolarów, a za "Występ Wieczoru" aż 425 tys. dolarów.

Wpływowi goście też się nie nudzili. Dla najbogatszych partnerów biznesowych i miliarderów przygotowano 250 pakietów ultra-premium w cenie... po 1,5 miliona dolarów. Za tę kosmiczną kwotę goście zyskali dostęp do prywatnych lóż i luksusowych stref gościnnych na trawniku Białego Domu, a także ekskluzywne miejsca w pierwszym rzędzie przy samym oktagonie. Pakiet gwarantował również pełny catering z obsługą i open barem, wstęp na oficjalne ceremonie powitalne oraz zakulisowe ważenia zawodników, a dopełnieniem całości były bilety VIP na galę UFC 329 w Las Vegas.

Warto dodać, że obchody 250-lecia Stanów Zjednoczonych od początku wywołały burzę. Trump planował serię koncertów na wielkim festynie Great American State Fair, ale muzycy zaczęli masowo odwoływać swoje występy, argumentując, że zrobiło się zbyt politycznie. Zresztą już kilka stanów wycofało swój udział w wydarzeniu zaplanowanym od 25 czerwca do 10 lipca w Waszyngtonie, które wymyślono na modłę wystawy światowej.

Nic dziwnego. Kiedy urodziny państwa kojarzą się bardziej z walkami w klatce, sponsorami kryptowalutowymi, pokazem megalomanii urzędującego prezydenta i idiotycznymi teoriami spiskowymi o Michelle Obamie niż z historią kraju, trudno nie odnieść wrażenia, że gala UFC Freedom powiedziała o współczesnej Ameryce więcej, niż jego organizatorzy prawdopodobnie planowali.