
"Tu zdarzy się coś strasznego", nad którym pracowali twórcy "Stranger Things", podbija Netflixa. W serialu grozy zagrał Ted Levine, który w latach 90. wcielił się w kultowego, lecz problematycznego złoczyńcę. Dziś amerykański aktor żałuje dawnego występu u boku Anthony'ego Hopkinsa.
Drugie miejsce w rankingu popularności serwisu streamingowego Netflix zajmuje serial "Tu zdarzy się coś strasznego", w którym główna bohaterka Rachel tuż przed ślubem poznaje przedziwną rodzinę ukochanego i zaczyna powątpiewać w to, czy przy oświadczynach podjęła właściwą decyzję. Horror inspirowany prozą Stephena Kinga i "Dzieckiem Rosemary" Romana Polańskiego stworzyła Haley Z. Boston, a jego producentami wykonawczymi byli bracia Dufferowie.
Na ślubnym kobiercu stanęli Camila Morrone ("Daisy Jones & The Six") i Adam DiMarco ("Biały Lotos"), a wśród gości weselnych znaleźli się m.in. Jennifer Jason Leigh ("Nienawistna ósemka") oraz Ted Levine, który na początku lat 90. zasłynął z kontrowersyjnej roli w thillerze "Milczenie owiec" Jonathana Demme'a.
Ted Levine w "Tu zdarzy się coś strasznego". Dziś żałuje roli Buffalo Billa w "Milczeniu owiec"
W "Tu zdarzy się coś strasznego" Ted Levine gra ojca pana młodego. W przeszłości Boris był agresywny, ale z wiekiem złagodniał. Swoją żonę Victorię darzy ogromną miłością, choć nie zawsze potrafi jej tego okazywać. W oczach Rachel mężczyzna jawi się jako chłodny, bezwzględny i kontrolujący. Gdy na jaw wychodzą sekrety rodzinne, jego oblicze się zmienia.
Za przełomowy występ w karierze Levine'a uchodzi "Milczenie owiec" z 1991 roku, w którym został obsadzony jako seryjny morderca Jame Gumb (znany pod pseudonimem Buffalo Bill). Antagonista był inspirowany Edem Geinem: Rzeźnikiem z Plainfield, który odzierał swoje ofiary ze skóry, by stworzyć "kobiecy kostium". Ambitna studentka akademii FBI Clarice M. Starling – z pomocą psychopaty-kanibala Hannibala Lectera – próbuje wytropić groźnego zbrodniarza.
Po latach amerykański aktor przyznał, że bardzo żałuje roli Buffalo Billa, która powiela stereotypy dotyczące osób transpłciowych. W rozmowie z czasopismem "The Hollywood Reporter" Levine nazwał swoją kreację "cholernie złą".
Zobacz także
– Dziś mam większą wiedzę na temat transpłciowości – powiedział, podkreślając, że oczy otworzyła mu bliższa współpraca z osobami trans, a także możliwość poznania ich kultury. – To przykre, że film to (red. przyp. – znaczenie płci) oczernia – ocenił.
Wcielając się w Gumba, Levine nie myślał o tym, że gra "geja lub osobę transpłciową". –Uważam, że był po prostu zepsutym do szpiku kości heteroseksualnym mężczyzną – skwitował.
Przypomnijmy, że po thrillerze Jonathana Demme'a gwiazdor serialu Netflixa zagrał w takich produkcjach jak nafaszerowani akcją "Szybcy i wściekli", "Wyznania gejszy", horror "Wzgórza mają oczy", "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda", "Detektyw Monk", "Wyspa tajemnic" z Leonardem DiCaprio, "Jurrasic World: Upadłe królestwo", "Alienista" i miniserial "Małe wielkie historie" z Kathryn Han, która niebawem odegra złą macochę Roszpunki.
