
Powroty kultowych seriali po latach zwykle budzą dwie emocje: ekscytację i niepokój. Często za szumnie zapowiedzianym comebackiem stoi bardziej chęć odcinania kuponów od nostalgii i zarobienia pieniędzy niż pomysł na dobrą historię. Zrozumiałe więc, że wiadomość o nowym sezonie "Rancza" wcale nie wszystkich cieszy. Im więcej jednak wiemy o projekcie, tym bardziej mam wrażenie, że "Ranczo. Zemsta wiedź" może się udać.
"Ranczo" to jeden z największych fenomenów w historii polskiej telewizji. Przez dziesięć sezonów przyciągało przed ekrany miliony widzów, a Wilkowyje stały się miejscem ikonicznym, mumo że nie istnieją na mapie Polski. Dialogi weszły do języka potocznego, bohaterowie stali się częścią popkultury, a słynna ławeczka to już narodowy symbol.
Nie ma się więc co dziwić, że ogłoszenie powrotu "Rancza" po dziesięciu latach wywołało tak ogromne emocje. Jedni od początku kręcili nosem i przekonywali, że kultowych tytułów nie powinno się ruszać. Inni od lat marzyli o tym, by jeszcze raz zajrzeć do Wilkowyj i sprawdzić, co słychać u Lucy, Pietrka, Solejukowej czy bliźniaków Koziołów.
Wątpliwości są zrozmiałe – historia telewizji pełna jest powrotów, które okazywały się mniejszym lub większym rozczarowaniem (jak nieudany sequel "Seksu w wielkim mieście", "I tak po prostu..." czy "Glina. Nowy rozdział" na polskim podwórku – solidna, ale nie mogąca się równać z oryginałem). Wiele reaktywacji powstało z cynicznej chęci zysku i jechało głównie na nostalgii. Widzowie dostawali znajome twarze i stare dekoracje, ale brakowało magii i tego czegoś, co przed laty uczyniło serial wyjątkowym.
Wierzę, że nowe "Ranczo" ma szansę się udać. Powodów do optymizmu jest co najmniej kilka
W przypadku 6-odcinkowego "Rancza. Zemsty wiedźm" są jednak powody do ostrożnego optymizmu. W końcu w popkulturze nie brakuje udanych comebacków (jak "Jeszcze bardziej zwariowany świat Malcolma"). Możliwe, że nowe "Ranczo" do nich dołączy.
Dlaczego? Bo nie mówimy o projekcie tworzonym przez zupełnie nową ekipę. Za kamerą ponownie staną ludzie, którzy odpowiadali za sukces serialu. Wszystkie sześć nowych odcinków znowu wyreżyseruje Wojciech Adamczyk, a scenariusz powstał jeszcze za życia zmarłego w 2018 roku Andrzeja Grembowicza (znanego jako Robert Brutter), głównego autora historii o Wilkowyjach.
Ten argument najbardziej mnie przekonuje – nie dostajemy współczesnej reinterpretacji "Rancza" ani próby napisania wszystkiego od nowa, ale kontynuację, która była wymyślona jeszcze lata temu. – Mamy tych samych realizatorów, tę samą obsadę, te same lokacje, no i przede wszystkim scenariusz tego samego scenarzysty – Andrzeja Grembowicza, który Wilkowyje wymyślił – podkreślał Wojciech Adamczyk.
Równie ważny jest powrót praktycznie całej głównej obsady. W nowych odcinkach ponownie zobaczymy m.in. Ilonę Ostrowską, Cezarego Żaka, Artura Barcisia, Martę Chodorowską, Katarzynę Żak czy Martę Lipińską. Cała obsada oczywiście wrócić nie może – od zakończenia serialu odeszli m.in. Paweł Królikowski i Franciszek Pieczka, których zastąpić zwyczajnie się nie da. Są zbyt kultowi i uwielbiani.
Chociaż twórcy próbują. Sporo emocji budzi informacja, że do obsady dołączy Daniel Olbrychski, który ma wcielić się w Stacha Japycza – bohatera granego wcześniej przez Pieczkę. To duże ryzyko. Pieczka był jedną z ikon "Rancza", a widzowie mogą zwyczajnie "nie kupić" nowego Stacha. Z drugiej strony trudno wyobrazić sobie nazwisko, które wywołałoby większe zainteresowanie. W końcu Olbrychski jest jednym z najwybitniejszych i najsłynniejszych polskich aktorów.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Twórcy "Rancza" muszą zmierzyć się z legendą. Nie zazdroszczę im
Największym wyzwaniem pozostaje jednak coś zupełnie innego. Przez ostatnią dekadę "Ranczo" przestało być po prostu serialem. Stało się telewizyjną legendą, a z legendami trudno konkurować. Trudno też je skopiować.
Twórcy stoją więc przed niewyobrażalnym wywaniem, z czego obsada doskonale zdaje sobie sprawę. Nie wystarczy, że stworzą dobry 11. sezon "Rancza" – muszą zmierzyć się z wyobrażeniami milionów widzów o tym, czym opowieść o Wilkowyjach była i czym powinna być dzisiaj.
Mimo tych obaw łapię się na tym, że jestem naprawdę ciekawa tego powrotu, mimo że nie lubię mody na sequele po latach. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna reaktywacja uwielbianego serialu nie wygląda jak cyniczny skok na nostalgię? Wygląda raczej jak próba zamknięcia historii, której twórcy nigdy nie zdążyli opowiedzieć do końca. Wierzę, że Wilkowyje mają jeszcze jedną dobrą historię do opowiedzenia i mam nadzieję, że się nie mylę.




