
"Milczenie owiec" z 1991 roku wraca do kin – to dobra okazja, by przypomnieć sobie, dlaczego thriller Jonathana Demme'a uchodzi za arcydzieło. Wyjaśniamy fenomen kultowego klasyka kina z Anthonym Hopkinsem.
"Milczenie owiec" w reżyserii Jonathana Demme'a to jeden z tych filmów, które nie tylko odniosły ogromny sukces artystyczny i komercyjny, ale także na trwałe wpisały się w historię kina. Po 35 latach thriller wraca do kin w odrestaurowanej wersji 4K.
"Milczenie owiec" i persony dramatu
O czym jest "Milczenie owiec"? Młoda agentka FBI, Clarice Starling, prosi o pomoc uwięzionego, genialnego mordercę-kanibala Hannibala Lectera. Wspólnie próbują schwytać innego seryjnego zabójcę, który brutalnie morduje kobiety.
Jednym z najważniejszych elementów wyróżniających "Milczenie owiec" jest postać Clarice Starling (Jodie Foster). W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych bohaterek kina gatunkowego, Clarice nie jest s*ksualizowana i upraszczana. Przedstawiona jest jako ambitna, inteligentna i wrażliwa młoda agentka FBI, która musi odnaleźć się w zdominowanym przez mężczyzn środowisku. Z których jeden jest smakoszem ludzkiego mięsa.
Choć to Clarice widzimy na ekranie najczęściej, show kradnie jej jednak mięsożerny towarzysz, Hannibal Lecter (dwukrotnie nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins). Choć dziś to synonim seryjnego mordercy z dość wysublimowaną dietą, to na początku lat 90. była to postać tajemnicza, przerażająca i zarazem magnetyczna. Wielka w tym zasługa grającego go Hopkinsa, który udowodnił, że nawet pokazując się na ekranie przez 16 minut, można skraść pozostałej obsadzie cały film.
Mimo że jest kanibalem i mordercą, Lecter fascynuje swoją inteligencją i kulturą osobistą, co czyni go jednym z najbardziej złożonych antagonistów w historii filmu. Wielkie brawa za to, że nie przedstawiono go jako brutala i szaleńca. Powiedzenie o nim, że to potwór w ludzkiej skórze to mało: to bardziej bestia w ciele dżentelmena i konesera opery. Nasuwają się inspiracje Draculą – za dnia hrabią, w nocy krwiożerczą bestią. Jak więc widać, twórcy oraz autor książki "Milczenie..." Thomas Harris sięgnęli po znane archetypy.
Skoro wątek wampira już się pojawił: sama relacja Lectera ze Starlink jest niezwykła – oparta na napięciu, ale nie er*tycznym, a intelektualnym. To psychologiczny pojedynek, a zarazem dość perwersyjna relacja typu mistrz i uczeń. Wampir więc jest, ale chce duszy, a nie ciała.
Zobacz także
Reżyser stworzył niepodrabialną atmosferę
Nie można w tym momencie nie wspomnieć o reżyserii. Rozmowy dwójki głównych bohaterów są często prowadzone w statycznych, zbliżeniowych ujęciach twarzy, co tworzy hipnotyzującą atmosferę i angażują widza na poziomie niemal intymnym. Choć niejednokrotnie chciałoby się oderwać wzrok, magnetyzm tych scen nam na to nie pozwala.
Wyjątkowość "Milczenia owiec" polega także na sposobie budowania napięcia. Film nie opiera się na brutalności, lecz na psychologicznym dyskomforcie i poczuciu zagrożenia, jakie czuje widz. Strach rodzi się tu przede wszystkim z dialogów i świadomości obecności zła, a nie z dosłowności scen. Na tym polu bliżej obrazowi Demme'a do "Funny games" niż "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną".
"Milczenie owiec" to film wyjątkowy. Jego sukces wynika z pełnokrwistych postaci, inteligentnego scenariusza opartego na powieści o tym samym tytule oraz mistrzowskiej reżyserii. To nie tylko thriller o seryjnym mordercy, ale przede wszystkim opowieść o ludzkich lękach. Dzięki temu thriller, który zdobył pięć Oscarów (w tym za najlepszy film i główne role), pozostaje aktualny i inspirujący nawet po wielu latach od premiery.




