Manowar
Manowar wystąpi w Polsce, ale... Fot. Firestormmd, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

Stało się! Polscy fani heavy metalu doczekają się aż dwóch koncertów Manowar w naszym kraju. Problem w tym, że chodzi o zespół, którego słuchać da się tylko w ukryciu i trudno oglądać ich na żywo bez uczucia zażenowania.

REKLAMA

"Manowar w Polsce!" – zakrzyknęli kilka dni temu fani heavy metalu, gdy materiały w social mediach grupy zasugerowały, że ta pojawi się nad Wisłą. Tylko czy jest się z czego cieszyć?

Manowar w Polsce zagra aż dwa koncerty

Najpierw fakty. Amerykański Manowar zagra w Polsce aż dwa koncerty. Wszystko w ramach wyjątkowej trasy koncertowej, podczas której każdej nocy zaprezentuje zupełnie inny album i swoje największe hity (że też Metallica jeszcze tego nie wymyśliła!).

I tak 26 stycznia 2027 roku heavymetalowcy zawładną łódzką Atlas Areną, grając w całości samozwańcze "Kings Of Metal", a już dzień później w krakowskiej Tauron Arenie z pewnością zachwycą swoich fanów materiałem z "Fighting The World".

Stylistycznie to typowy przykład heavy/power metalu. Będzie więc pompatycznie i momentami epicko, a wszystko będą napędzać klasyczne, metalowe riffy i natchnione wokale. Brzmi jak coś, co teoretycznie może się podobać. Tyle że sam mam z Manowar spory problem.

Manowar, czyli kwintesencja kiczu w metalu

Od lat metal to tak naprawdę muzyka ambitna, która – jak jazz – wymaga od słuchacza przygotowania, jest pełna niecodziennych pomysłów aranżacyjnych, dysharmonii i dziwnych metrum. Jednak w powszechnym odbiorze nadal kojarzy się z czymś kiczowatym. Wiecie, dorośli faceci śpiewający o smokach, fotografujący się w obcisłych, lateksowych ciuchach (ble!) w otoczeniu motocykli i roznegliżowanych kobiet. I duża w tym wina Manowar.

Oczywiście nie tylko Amerykanie mieli taki wizerunek, ale to właśnie oni wzięli go zbyt poważnie, spopularyzowali i niestety zaczęli grać do tego muzykę. A ta jest po prostu kiczowata. To piosenki z nierzadko ładnymi melodiami, ale zagrane i zaśpiewane z takim patosem, że słuchanie ich powinno u kogoś, kto ma więcej niż 13 lat, wywoływać ciarki żenady.

Jakby Manowar zatrzymał się tylko na muzyce, dałoby się ich jeszcze jakoś przetrawić. Problem w tym, że panowie wchodzą zawsze na scenę odziani w skórzane, niezdrowo obcisłe (mam nadzieję, że wszystko kontroluje lekarz) spodnie i plastikowe zbroje. W tle mają zaś kiczowate dekoracje, które były modne w latach 80., gdy Iron Maiden walczyli o metalowy tron. Dziś sugerują, że ktoś tu nie dokończył okresu dojrzewania.

Najgorsze w tym wszystkim, że nie ma w tym już grama artyzmu: to skrajnie cyniczne, komercyjne show, rockowy cyrk na poziomie najgorszych tras Kiss. Jasne, może się to komuś podobać (skądś się te tłumy na koncertach biorą), ale pytanie, czy to o to powinno chodzić w muzyce i, szerzej, samej sztuce.

Jakości należy już dziś szukać tylko w podziemiu?

Koncerty metalowe większych zespołów pokroju Metalliki, Iron Maiden, a nawet polskiego Behemotha coraz bardziej przypominają wyreżyserowane widowiska. Coraz mniej w nich spontaniczności i widocznej frajdy muzyków z robienia tego, co robią. To bardziej inspiracje do kręcenia rolek na TikToka, nie doświadczenia, które gwarantowałyby nam kathrasis.

Prawdziwych emocji należy szukać dziś w ofercie mniej znanych zespołów. Im jeszcze o coś chodzi. Najlepiej sam przekonałem się o tym w czasie tegorocznej edycji Mystic Festival.