Koncert metalowy i okładki albumów Kobonga.
Najbardziej awangardowy polski zespół lat 90. Kobong dziś jest kultem, a kiedyś nikt go nie chciał Foto: Zoran Jesic, Mat. prasowy

Kobong był jednym z najciekawszych polskich zespołów metalowych (choć ograniczenie ich muzyki do pojęcia “metal” jest krzywdzące). Mimo tego nie jest powszechnie znany – przynajmniej poza środowiskiem fanów tego typu muzyki. A szkoda.

REKLAMA

Choć sam Kobong powstał w 1994 roku w Warszawie, warto wspomnieć o tym, co robili jego członkowie przed jego założeniem. 

Kobong startuje

Zacznijmy od gitarzysty Roberta Sadowskiego, gdyż to on w gronie swoich kolegów miał najciekawsze CV. W latach 80. grał w Madame. Tak, chodzi o zespół Roberta Gawlińskiego, tego samego, który lata później przeraził fanów debiutu Wilków "Baśką". Następnie "Sadek" wraz z wokalistą Jarkiem Wajkiem oraz basistą Wojtkiem Trześniowskim założył Lizard's Day. Pod koniec dekady gościnnie zagrał na "Kasecie" Kultu, by wreszcie dołączyć do Deuter i trafić do Houk. To z nim powstała m.in. najbardziej znana płyta tej ostatniej formacji "Transmission Into Your Heart". W grudniu 1993 r. odszedł z Houka i wiosną roku kolejnego założył Kobonga.

Jego koledzy mieli mniej doświadczenia. Perkusista Wojciech Szymański oraz basista i wokalista Bogdan Kondracki grali w lokalnych grupach muzycznych (ten ostatni w m.in. Labirynt czy Roslau), gitarzysta Maciej Miechowicz nie miał żadnego doświadczenia na tym polu.

Jak jednak doszło do powstania zespołu? – Mój brat malarz powiedział, że zna gitarzystę i warto zacząć grać w trio. Poznał nas wówczas z Robertem Sadowskim, który grał wtedy w Houk. To on w książce o wierzeniach aborygenów wyczytał, że każdy z nas był kiedyś zwierzęciem, a ogólna nazwa twojego zwierzęcego przodka to Kobong. Po jakimś czasie doszedł do nas na drugą gitarę Maciej Miechowicz – wspominał w 2015 r. w wywiadzie dla "Magazynu Perkusista" Szymański.

Od razu zaczęli pracę nad debiutem. Jak wspominał w książce "Zagrani na śmierć" Tomasza Lady Kondracki, materiał powstawał w wyniku improwizacji. Szybko też udało się zagrać pierwszy koncert w stołecznym klubie Akwarium. 

O grupie zrobiło się głośniej. I to nie tylko w tzw. podziemiu. Już w 1994 r. Sadowski udzielił wywiadu dla magazynu "Brum", w którym opisał muzykę swojej nowej formacji, jako "czad we własnym stylu, bez litości i zobowiązań wobec mody […] radykalne dźwięki, radykalne brzmienia". 

W praktyce oznaczało to bardzo dziwną – jak na ówczesne standardy – muzykę metalową, pełną połamanych temp i elementów awangardowych, z pewnością bliższą tego, co mniej więcej w tym czasie w Szwecji wykuwali w swojej sali prób muzycy Meshuggah. Z tą różnicą, że Szwedzi zrobili potem wielką karierę, a Kobong został przez lata niedoceniony – zupełnie jak 3 polskie zespoły metalowe, które mogły podbić świat. Miały ogromnego pecha.

Debiut Kobonga trafia na rynek

Płyta "Kobong", na którą złożyły się owe połamańce i dziwactwa, pojawiła się w sklepach muzycznych w 1995 roku. Miechowicz w 2018 r. w wywiadzie dla Cantae Music wspominał to, jak debiut powstawał: całość została nagrana na tzw. "setkę". Muzycy po prostu grali na żywo w studiu nagraniowym. 

– Z pierwszą płytą była związana ciekawa historia. Otóż na pierwszy duży koncert Kobonga w klubie Akwarium, w bodajże 1994 roku, Robert Sadowski zaprosił słynnego realizatora nagrań Leszka Kamińskiego, z którym dopiero co nagrał płytę Houka "Transmission Into Your Heart". Leszek przyszedł do klubu długo przed koncertem, pomógł nam ustawić brzmienie, bardzo mu się spodobało, jak zagraliśmy. Z opowieści wiem, że podobno podszedł do nas po występie i zaproponował, że może nas nagrać i nie weźmie za to żadnych pieniędzy – wspominał gitarzysta. 

Było za darmo, ale też problematycznie, gdyż wszystko rejestrowano za pomocą 24-śladowego magnetofonu analogowego. Sam Miechowicz twierdził po latach, że "24 ślady na taki zespół jak Kobong to bardzo mało". Tylko perkusja "zajmowała więcej niż 12 śladów". 

Skoro przy bębnach jesteśmy, warto dodać, że Szymański nie używał w czasie sesji metronomu. Dlaczego to ważne? Chodzi o urządzenie, które pomaga w utrzymaniu równego tempa. W przypadku tak połamanej muzyki, jaką tworzył Kobong, brzmi to jak konieczność, a nie fanaberia. A jednak perkusista poradził sobie bez tego!

Materiał na "Kobong" w 1995 r. brzmiał jak metal przyszłości. I właściwie, jak się po latach okazało, zespół wyprzedził swoje czasy. Brzmi to banalnie, ale tak w istocie było. Dziwną atmosferę podkręcały jeszcze teksty, brzmiąca jak dziwna poezja, a nie typowe metalowe liryki.

Dalsza część artykułu później.

Dla kontekstu: w połowie lat 90. polscy metalowcy zachwycali się Vaderem – świetnym, ale jednak klasycznym death metalem. Na szerszym rynku nadal królowały Slayer i Pantera, Metallica zmieniła styl na rockowy (dziś nie brakuje opinii, że Black Album to najsłynniejsza płyta Metalliki i najbardziej przereklamowana), w Skandynawii blackmetalowcy rozpalili swoją własną rewolucje. Tyle że na takie granie, jakie proponował Kobong, "moda" przyszła kilka lat później, gdy metalowcy zaczęli przekonywać się do Meshuggah czy Dillinger Escape Plan. 

Problemem okazało się nie tylko to, że debiut Kobonga nie wpisywał się w trend, ale też to, że płytę wydał Polygram. I tu należy doszukiwać się genezy problemów zespołu.

– Niestety, od strony Polygram Polska nie otrzymywaliśmy pomocy przy promocji. Wspomagali nas – można ich tak chyba nazwać – mecenasi sztuki w postaci rodziców i wujka Maćka [Miechowicza], a także kumpla Roberta, Mariusza Bielewicza. Teledyski do "Taka Tuka" i "Rege" nakręcili nam za darmo Jacek Taszakowski z Leszkiem Molskim. Podobnie w kwestii koncertów. Dopiero, kiedy przyszliśmy z teczką pieniędzy od naszych mecenasów, wydawnictwo łaskawie zgodziło się, żebyśmy zorganizowali sobie trasę. Zajęliśmy się absolutnie wszystkim. Ich interesowała wyłącznie zawartość teczki. Na nieszczęście podpisaliśmy niekorzystną umowę, z której wynikało, że zaczniemy zarabiać dopiero po sprzedaniu 10 tys. egzemplarzy płyt – wspominał w rozmowie z "Magazynem Perkusista" Szymański.

By było jeszcze dziwniej, zespół ruszył na mini-trasę koncertową po… salach kinowych. Występy Kobonga poprzedzały wybrane seanse filmu "Trainspotting". W efekcie na jednym z nich był… Andrzej Wajda.

Chmury nie było i Kobonga już też nie

W 1997 r. na rynku pojawiło się "Chmury nie było". Kondracki w czasie rozmowy z redakcją "Noise Magazine" porównał czas powstawania tej drugiej płyty Kobonga do… "pokuty".

– (...) Graliśmy codziennie, albo prawie codziennie, przez dwa lata, osamotnieni, bo muzyka zrobiła się ekstremalnie trudna. Miałem wrażenie, że to trwa i trwa. Chcieliśmy dotrzeć do jakiejś ściany, totalnie przegiąć pałę w skomplikowaniu utworów – mówił.

Wszystko brzmi na "Chmurze…" tak, jak powinno na podręcznikowej kontynuacji: jest jeszcze więcej połamanych rytmów, eksperymentów, dziwniejszych tekstów. Nad wszystkim unosi się specyficzna, kwaśna atmosfera.

Niestety jeszcze większe skomplikowanie muzyki nie pomogło. Można było odnieść wrażenie, że nikt nie miał nawet pomysłu na to, jak zespół promować i komu sprzedawać jego muzykę. Zatwardziali metalowcy mogli uznać, że Kobong jest po prostu dziwny, a jego utwory przesadnie pogmatwane, w oczach fanów jazzu był zbyt metalowy. 

Cytowany już Miechowicz powiedział Cantar Music, że "w innych realiach Kobong by przetrwał dłużej”, ale pod koniec lat 90-tych w Polsce było totalne załamanie rynku muzycznego". Czyli popyt na płyty spadł jeszcze mocniej.

Nie tylko sprzedaż zniechęciła muzyków, którzy, jak wspominał gitarzysta, byli już "trochę zmęczeni pracą ze sobą". – (...) Wojtek [Szymański] miał już inne plany na muzykę, chciał pograć rzeczy bardzo ekstremalne, Bogdan [Kondracki] natomiast miał już dość wyrażania się tylko poprzez krzyk. Każdy z nas miał wtedy jakiegoś demona w głowie. Wojtek powiedział że odchodzi, a my mu na to pozwoliliśmy – podsumował. 

Życie po rozpadzie Kobonga

Po zakończeniu działalności Miechowicz, Kondracki i Szymański założyli jeszcze zespół Neuma, na którego pierwszej płycie, "Neuma", pojawiły się utwory, których szkice powstały z myślą o Kobongu. Ostatecznie i ten zespół zakończył jednak działalność.

Szymański grał też w Nyia, która to formacja przestała grać po słynnej trasie z Antigamą i Blindead. "Słynnej", gdyż tour okazało się frekwencyjną porażką, którą do dziś wspominają uczestnicy tych koncertów.

– Ta nieszczęsna trasa podziałała przygnębiająco. To zasługa naszej ówczesnej menadżerki, którą absolutnie przerosło to wydarzenie – mówił mi w 2011 r. w wywiadzie dla "Magazynu Perkusista" Szymański. Był to w czasie, gdy bębnił już w jazzowym Organoleptic Trio.

Kondracki został ostatecznie znanym producentem muzycznym, mającym w portfolio m.in. współpracę z Dawidem Podsiadło czy Moniką Brodką. W 2005 r. zmarł Sadowski, co zaprzepaściło szansę na reaktywację Kobonga, który po latach zyskał status grupy kultowej, która swoją twórczością wyprzedzała swoje czasy.