Magdalena Boczarska jako Michalina Wisłocka
Polskie filmy nie musza być ponure Fot. Kadr za "Sztuki kochania. Historii Michaliny Wisłockiej" / edycja: naTemat

Polskie kino? Szare blokowiska, rodzinne traumy, narodowe dramaty i zmęczeni ludzie o pustych oczach. Ten stereotyp trzyma się mocno, choć współczesna polska kinematografia od lat udowadnia, że potrafi być kolorowa, dynamiczna, zabawna i podnosząca na duchu. Jeśli ktoś wciąż narzeka, że nad Wisłą kręcimy wyłącznie depresyjne filmy o wódce, smutku i wojnie, pokażcie mu te tytuły. Zaraz zmieni zdanie.

REKLAMA

Stereotyp szarego, burego i ponurego polskiego kina nie wziął się znikąd. Nasza kinematografia przez dekady mierzyła się z tematami, które trudno było opowiadać na wesoło: wojną, Holokaustem, okupacją, PRL-em, transformacją ustrojową czy społecznymi nierównościami. Przez lata utrwalało się przekonanie, że "poważne" polskie kino powinno przede wszystkim mówić o "poważnych" sprawach. To właśnie takie filmy najczęściej trafiały na międzynarodowe festiwale i zdobywały prestiżowe nagrody – wystarczy spojrzeć na "Idę" czy "Zimną wojnę" Pawła Pawlikowskiego, nagrodzonego w Cannes za reżyserię "Ojczyzny".

Skąd się wziął stereotyp szarego i ponurego polskiego kina? Nie tylko z rzeczywistości

Swoje zrobiła też sama rzeczywistość. PRL nie był szczególnie kolorową scenerią: wielka płyta, puste półki w sklepach, obskurne bary mleczne, zaniedbane kamienice, dymiące zakłady przemysłowe. Kino moralnego niepokoju z lat 70. i początku 80. wykorzystywało ponure realia do opowiadania o społecznych frustracjach, zakłamaniu systemu i życiu w rzeczywistości uwierającej bohaterów z każdej strony. Po 1989 roku wcale nie zrobiło się na ekranie bardziej barwnie. Kino okresu transformacji chętnie pokazywało bezrobocie, biedę, przemoc, alkoholizm, blokowiska i pogubionych w nowych realiach ludzi.

Również późniejsi twórcy sięgali po podobną estetykę. Przygaszone kolory, ponura prowincja, szare miasto i trauma stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych języków polskiego kina społecznego, jak chociażby w "Weselu" Wojciecha Smarzowskiego, "Pręgach" Magdaleny Piekorz, "Placu Zbawiciela" Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego, "Cichej nocy" Piotra Domalewskiego czy "Ostatniej rodzinie" Jana P. Matuszyńskiego.

Zresztą wspomniany Smarzowski, jeden z najpopularniejszych polskich reżyserów, który przyciąga przed ekrany tłumy, uczynił z przemocy, zła i polskiej beznadziei swój znak rozpoznawczy ("Dom zły", "Dom dobry", "Drogówka", "Kler", "Pod mocnym Aniołem"). Nic dziwnego, że gdzieś po drodze utrwaliło się przekonanie: polski film musi boleć jak sk*****yn.

Dalsza część artykułu poniżej.

Z jakiego kultowego polskiego filmu jest ten bohater?

logo
Quiz

1 / 16 Na początku coś łatwego: z jakiego polskiego filmu jest ten zmęczony życiem mężczyzna?

Kino czysto gatunkowe (filmy akcji, fantasy, science fiction, przygodówki) rozwijało się u nas znacznie wolniej i wciąż jest ich jak na lekarstwo – nie tylko dlatego, że uchodziło za "błahe", ale również dlatego, że wymagało budżetów, na które polska branża długo nie mogła sobie pozwolić.

Z drugiej strony od początku lat 2000. ogromną część kinowego repertuaru wypełniały komedie romantyczne, traktowane przez krytyków jako kino drugiej kategorii. W efekcie powstał dziwaczny obraz polskiego kina: albo ambitny film, który jest ciężki, smutny i "ważny", albo lekki i głupawy (komedie Barei, Machulskiego czy Lubaszenki to oczywiście wyjątek – te zdążyły już urosnąć do rangi świętości).

Polskie filmy wcale nie muszą być szare, bure i ponure. Potrafimy robić feel-good movies

Na szczęście współczesne polskie kino ewoluuje. Coraz częściej wymyka się tym dwóm skrajnościom i ma znacznie więcej twarzy niż tylko tę szarą. Dowody?

Chociażby "Najmro. Kocha, kradnie, szanuje" Mateusza Rakowicza, czyli film, który wygląda tak, jakby ktoś postanowił zrobić z PRL-u kolorowy komiks. Historia Zdzisława Najmrodzkiego, słynnego "króla złodziei", dostała tu przerysowaną oprawę, mnóstwo humoru, świetną muzykę i widowiskowe pościgi. Rakowicz tworzy własną, pulsującą energią wersję lat 80., którą ogląda się niczym hollywoodzki film.

logo
Fot. Kadr z "Najmro. Kocha, kradnie, szanuje"

PRL, który automatycznie kojarzy się z szarością, może więc na ekranie wyglądać zupełnie inaczej. Świetnie pokazuje to "Zupa nic" Kingi Dębskiej. Zamiast tworzyć kolejny ponury obraz życia w schyłkowym socjalizmie, reżyserka patrzy na tamten świat oczami dzieci. Niedobory, kolejki i absurdy codzienności stają się tłem dla ciepłej, nostalgicznej i pełnej humoru opowieści o rodzinie. Nie jest to bezkrytyczna pocztówka z przeszłości, ale jest słodko-gorzko i bez dominującej beznadziei.

Podobną sztuczkę, choć na znacznie większą skalę, wykonała Maria Sadowska w "Sztuce kochania. Historii Michaliny Wisłockiej". Znów mamy PRL i walkę z systemem, a mimo to film tryska energią. Jest kolorowy, świetnie zmontowany, pełen muzyki i ciętego humoru. Opowieść o walce o wydanie słynnej książki stała się czymś znacznie więcej niż klasyczną biografią.

To jeden z polskich filmów feel-good, a jest ich więcej. Jeśli potrzebny jest ostateczny argument przeciwko tezie, że polskie kino potrafi tylko przygnębiać, trzeba sięgnąć po "Johnny'ego" Daniela Jaroszka. Sam punkt wyjścia (hospicjum, choroba i historia księdza Jana Kaczkowskiego) brzmi jak przepis na dwi godziny płaczu.

logo
Fot. Kadr z "Sztuki kochania. Historii Michaliny Wisłockiej"

I owszem, chusteczki się przydadzą, ale "Johnny" bynajmniej nie jest filmem pogrążonym w rozpaczy. Przeciwnie: jest pełen humoru, ciepła i zachłannej miłości do życia. To najlepszy dowód na to, że kino podnoszące na duchu wcale nie musi uciekać od smutku i bólu, co mistrzowsko udowadniają w swoich filmach Brytyjczycy (spójrzcie tylko na "Billy'ego Elliota", "Dumnych i wściekłych" czy "Orła Eddiego").

Inne świetne feel-goody znad Wisły to "Najlepszy" i "Bogowie" Łukasza Palkowskiego, który potrafi zrobić z biografii znanych Polaków (w tym przypadku Jerzego Górskiego i Zbigniewa Religi) kino, które ogląda się jak najlepszą rozrywkę. Opowieści o wybitnych postaciach wcale nie trzeba odlewać ze spiżu.

Dalsza część artykułu poniżej.

Polskie komedie, westerny i kino z zupełnie innej bajki, czyli nie musi być szaro

Jeśli natomiast ktoś twierdzi, że polska komedia się skończyła, warto włączyć mu "Teściów". Ta seria bierze na warsztat coś, w czym nasze kino zawsze było wyjątkowo dobre: rodzinę, która zamknięta razem w czterech ścianach zaczyna stopniowo zrzucać maski.

Zamiast kolejnej paździerzowej komedii romantycznej opartej na tych samych schematach dostajemy błyskotliwe dialogi, absurdalne sytuacje, świetne aktorstwo i bohaterów, którzy potrafią być jednocześnie okropni i przezabawni. Oczywiście mamy tutaj żarty z narodowych przywar, które same w sobie nie są zbyt przyjemne, ale przynajmniej jest zabawnie i z ikrą.

Przykładem na to, jak bardzo polskie kino gatunkowe potrafi dziś zaskakiwać, jest wielokrotnie nagradzany "Kos" Pawła Maślony, reżysera nadchodzącej "Lalki" Netfliksa (która bez dwóch zdań wkurzy Polaków).

logo
Fot. Kadr z "Kosa"

Teoretycznie wszystko brzmi jak lektura szkolna: Tadeusz Kościuszko, XVIII wiek, pańszczyzna i historia Polski. Pudło. Maślona bierze kino historyczne i przepuszcza je przez filtr westernu, czarnej komedii i kina spod znaku Quentina Tarantino. "Kos" jest drapieżny i "z jajem". Udowadnia, że o polskiej historii wcale nie trzeba opowiadać wyłącznie z nabożną powagą.

Owszem, polskie kino nadal potrafi być ciężkie, mroczne, ponure i niewygodne – i bardzo dobrze, bo w tym również jesteśmy świetni. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy sprowadzamy całą rodzimą kinematografię do jednej wielkiej depresji. Współcześni polscy twórcy kręcą filmy, po których naprawdę chce się żyć. Trzeba tylko czasem wyjrzeć poza stereotyp i... oglądać dużo polskich filmów.