Casey Affleck w Manchester by the Sea
Najsmutniejszy film kryje się na HBO Max Fot. Kadr z "Manchester by the Sea"

Po niektórych filmach ocieram łzy i wracam do rzeczywistości. Ale niektóre fundują taki emocjonalny nokaut, że przez kilka dni człowiek chodzi przybity. "Manchester by the Sea" Kennetha Lonergana należy do tej drugiej kategorii. Ten oscarowy dramat z 2016 roku można znaleźć na HBO Max i uprzedzam: ja długo nie mogłam dojść do siebie.

REKLAMA

Każdy ma własną definicję najsmutniejszego filmu. Dla jednych będą to miłosne melodramaty, które łamią serce i wyciskają fontanny łez, takie jak "Pamiętnik", "Love Story" czy "Co się wydarzyło w Madison County". Innych najbardziej poruszają historie o życiowych dramatach i tragediach, pokroju "Hamneta" czy najnowszego hitu Netfliksa "Nie życzcie mi powodzenia".

Są też widzowie, dla których najbardziej przytłaczające są filmy o wojnie, okrucieństwie i niesprawiedliwości, takie jak "Lista Schindlera" czy "Pianista", ale też "Zielona mila" i "Grobowiec świetlików". A są jeszcze tytuły pokroju "Requiem dla snu" czy "Melancholii", po których człowiek nie tyle płacze, ile po prostu siedzi w milczeniu i zastanawia się, czy na pewno chce jeszcze w życiu oglądać cokolwiek.

"Manchester by the Sea" z 2016 roku to jednak zupełnie inny rodzaj filmowego smutku. Reżyser Kenneth Lonergan nie próbuje wycisnąć z widza łez za pomocą podniosłej muzyki, wielkich monologów i kolejnych dramatycznych zwrotów akcji. Paradoksalnie niewiele się tu dzieje. Ból w filmie Lonergana jest "zwyczajny", kryje się w bohaterach i ich historii. To sprawia, że smutek w "Manchester by the Sea" przygniata i oblepia widza niczym kurz.

"Manchester by the Sea" to jeden z najsmutniejszych filmów

Głównym bohaterem jest Lee Chandler (Casey Affleck). To zamknięty w sobie i stroniący od ludzi mężczyzna pracujący jako złota rączka, który po śmierci starszego brata Joe wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w Massachusetts (Kyle Chandler z "Latarni"). Okazuje się wówczas, że zgodnie z wolą zmarłego ma zostać prawnym opiekunem jego nastoletniego syna Patricka (Lucasa Hedgesa). Problem w tym, że Lee sam ledwo radzi sobie z własnym życiem i traumatyczną przeszłością, która nie pozwala mu ruszyć dalej.

W "Manchester by the Sea" smutek idealnie uzupełnia się z cierpkim humorem (momentami jest naprawdę bardzo zabawnie). Szczególnie jedna scena z udziałem Williams i Afflecka, grających byłych małżonków, przeszła już do historii współczesnego kina. Nie trzeba nawet zdradzać jej szczegółów – wystarczy powiedzieć, że to spotkanie dwojga ludzi, których łączy niewyobrażalny ból, jest tak prawdziwe, przejmujące i wybitnie zagrane, że naprawdę nie da się nie płakać.

Film spotkał się z zachwytem krytyków, a Casey Affleck za swoją znakomitą i miażdżącą rolę zdobył Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. Statuetkę otrzymał również Lonergan za najlepszy scenariusz oryginalny, a "Manchester by the Sea" był ponadto nominowany do "złotego rycerzyka" za najlepszy film, reżyserię oraz role drugoplanowe Hedgesa i Williams. Kameralna zebrała też znakomite recenzje – w serwisie Rotten Tomatoes ma aż 96 proc. pozytywnych opinii krytyków i 78 proc. od widzów.

Trudno się dziwić, bo Lonerganowi udało się stworzyć przejmujący dramat o niesamowitej sile rażenia, ale pozbawiony taniego melodramatyzmu. Justin Chang z "Variety" określił go jako "pięknie skonstruowany i bogaty w detale", z kolei Peter Travers z "Rolling Stone" pisał (zgodnie z prawdą), że "'Manchester by the Sea' zabiera z człowieka kawałek". Z kolei Anthony Lane z "The New Yorker" zwrócił uwagę, że film jest znakomicie zbudowany i zagrany, choć momentami po prostu trudno się go ogląda.

Dalsza część artykułu poniżej.

"Manchester by the Sea" jest za bardzo dołujący? Raczej realistyczny

Opinii, że "Manchester by the Sea" jest zbyt dołujący, pojawiło się zresztą sporo. Nawet na gali Oscarów w 2017 roku prowadzący Jimmy Kimmel rzucił – swoją drogą mało smacznym – żartem: "Kiedy szukacie filmu 'Manchester by the Sea' na Amazonie, algorytm wyświetla komunikat: 'Klienci, którzy kupili ten produkt, kupili również Zoloft' [popularny lek antydepresyjny – red.]".

Zwłaszcza że "Manchester..." wcale nie oferuje łatwego katharsis. Nie ma tu magicznego momentu, w którym bohater nagle pogodzi się z przeszłością, wybaczy sobie i rozpocznie nowe życie. Lonergan opowiada o żałobie i poczuciu winy realistycznie – niektórych rzeczy nie da się naprawić ani "przepracować", żeby nie bolały. Jest jednak w tym filmie mała nadzieja na zrobienie kroku, a właściwie kroczku, w przód.

Film Lonergana to również dowód na to, że kino wcale nie potrzebuje wielkich katastrof ani spektakularnych tragedii, żeby emocjonalnie zdemolować człowieka. I lepiej nie oglądać tego małego arcydzieła, kiedy ma się doła...