
Do polskich kin trafił film "Bogaci i martwi" z plejadą gwiazd. Grają tu m.in. Chris Evans, Anya Taylor-Joy czy Salma Hayek. Czy jednak sama gwiazdorska obsada wystarczy, by nakręcić udany film?
Historia kina zna przykłady filmów, w których grały niemal same topowe gwiazdy Hollywood. A mimo tego produkcje te okazywały się nieudane. Czy "Bogaci i martwi" Romaina Gavrasa należą do tej grupy?
"Bogaci i martwi", a dokładniej to "Ofiara"
Zacznę od tłumaczenia tytułu. Nasi "Bogaci i martwi" to tak naprawdę "Sacrifice", czyli "Ofiara". Nie rozumiem, dlaczego polski dystrybutor przetłumaczył tytuł w taki sposób, gdyż oryginalna wersja lepiej oddaje fabułę filmu.
Co oglądamy na ekranie? Na imponującą galę charytatywną, która dotyczy ratowania planety przed ekologiczną katastrofą, przybywa m.in. skompromitowany gwiazdor kina akcji Mike Tyler (Chris Evans). Na miejscu czeka na niego światowa elita biznesu i przede wszystkim łudząco podobny do Jeffa Bezosa miliarder Ben Bracken (Vincent Cassel) oraz jego żona (Salma Hayek). Nagle jednak do sali, w której odbywa się główna część gali, wkracza oddział terrorystów z Joan (Anya Taylor-Joy) na czele.
Sam opis sugeruje, że otrzymamy kolejną opowieść o walce dołów społecznych z elitą. Sam podejrzewałem, że będzie to coś zbliżonego do "W trójkącie". Okazuje się jednak, że nie.
Elity są złe, ale ekolodzy... głupi?
Film jest satyrą na to, w jaki sposób staramy się obecnie walczyć o nasz świat. Z jednej strony otrzymujemy zakłamane elity, które przyjeżdżają na proekologiczne wydarzenie drogimi limuzynami z lat 80. (pijącymi ropę jak smok), do tego uzbrojone w najnowsze modele smartfonów. Z drugiej, ekoterrorystów, którzy chcą ratować planetę, ale w sposób bliższych dzikim plemionom.
Ach, gdzieś pośrodku pojawia się pewien tajemniczy naukowiec, który spędził niemal całe życie na badaniu pewnego kluczowego w filmie elementu. Tyle że nikt nie chce go słuchać. Chyba trudno o lepszy komentarz dotyczący współczesności.
To jednak tylko część filmu. Drugi wątek dotyczy głównego bohatera, Mike'a Tylera (dla przypomnienia: w tej roli Chris Evans). Tu śledzimy jego próbę odzyskania szacunku fanów na całym świecie po pewnej kompromitującej "wpadce".
Zobacz także
I to właśnie w tym wątku widać pewne problemy: jest on bałaganiarski, widz musi sobie sporo dopowiedzieć, o co dokładnie walczy Tyler. Zupełnie jakby z całości wycięto jakąś scenę, która lepiej wyjaśniałaby jego motywacje (szczególnie relacje z ojcem). To jednak jedyny minus.
Świetna gra aktorska i piękna muzyka
Wspomniałem o plejadzie gwiazd, które przemierzały plan filmowy. Wszystkie one wypadają świetnie, ze szczególnym naciskiem na Evansa, który pokazuje, że ma świetne wyczucie komedii. Cichym bohaterem filmu jest też John Malkovich. Anya Taylor-Joy także po raz kolejny pokazuje, że jest jedną z najbardziej charyzmatycznych aktorek współczesnego kina.
To wszystko uzupełnia piękna ścieżka dźwiękowa i zdjęcia. Ten film warto obejrzeć choćby dla tych elementów. Niektóre kadry chętnie umieścilibyście jako tapety na ekranach swoich komputerów!
Jest dobrze!
Jako całość "Bogaci i martwi" nie zawodzi. Jednym jego mankamentem jest tylko wątek osobisty Tylera. Jest on jednak częściowo ratowany charyzmą Evansa.
Film działa też jako satyra, to kąśliwa recenzja działalności zakłamanych elit artystycznych i biznesowych, ale też drugiej strony – radykalnych ekologów. Przekaz może i nie jest odkrywczy, ale całość po prostu dobrze się ogląda.
Jeśli szukacie kolejnych propozycji filmowych na najbliższe dni, warto zajrzeć do naszego zestawienia na naTemat: 13 rzeczy na weekend – znajdziecie tam propozycje kinowe, serialowe i streamingowe na każdą pogodę.
Polecamy też nasze 3 świetne filmy na Netflix, które warto znać oraz zestawienie stu krytyków filmowych, którzy wybrali najlepsze filmy lat 20. XXI wieku.




