kadr "Straight Outta Compton"
Fot. Kadr ze "Straight Outta Compton"

Powstanie film biograficzny o Snoop Doggu. Słynny raper będzie więc kolejnym muzykiem, który otrzyma swój film, choć dotąd filmowcy częściej przyglądali się rockmenom. A wcale niesłusznie.

REKLAMA

Doczekamy się filmu "Snoop", który opowie o losach słynnego amerykańskiego rapera Snoop Dogga. To kolejna produkcja, która opowie o znanym muzyku. W tym roku ponad miliard dolarów zarobił w kinach "Michael" o Michaelu Jacksonie, czekamy też na widowisko o The Beatles.

Snoop Dogg doczeka się swojego filmu

Produkcja teoretycznie jest przyszłym murowanym hitem. Mowa w końcu o jednym z najbardziej znanych raperów świata. Jak na razie wiemy, że tytułową rolę zagra Jonathan Daviss, znany z serialu "Outer Banks", a w Dr. Dre wcieli się Myles Bullock ("Runaways", "Zabójcze umysły", "Biali nie potrafią skakać"). Wszystko wyreżyseruje Craig Brewer ("Pod prąd"), a wyprodukuje – i to chyba najważniejsza informacja – Brian Grazer, który pracował nad "8. milą".

Jednym z najważniejszych wątków w filmie może być relacja Snoop Dogga i Dr. Dre. Obaj stworzyli m.in. takie hity jak "Nuthin’ But a 'G' Thang", "The Next Episode" i "Still D.R.E.".

Filmowcy wolą rocka! Dlaczego?

Od lat twórcy filmów chętnie sięgają po biografie muzyków, choć chyba wolą rocka. Podobnie jak widzowie, którzy głosują biletami w kinach.

Oczywiście każdy fan dużego ekranu widział zapewne parę razy "8. milę", która opowiada o początkach kariery Eminema. Jednymi z najciekawszych filmów o hip-hopie były też "Straight Outta Compton", film opowiadający o grupie N.W.A., czy "Get Rich or Die Tryin'", biografia filmowa 50 Centa. Do tego zestawienia należałoby dodać "All Eyez on Me", które pokazuje losy Tupaca, czy polskie "Jesteś bogiem" o Paktofonice. To jednak bardziej znane wyjątki.

Odnoszę wrażenie, że to nadal filmy o rockmenach są bardziej znane i mocniej zapadają w pamięć, przynajmniej masowej publice. I czasami dzieje się to wbrew jakości filmu. Najlepszym przykładem jest "Bohemian Rhapsody", opowiadające o losach Queen, ale z naciskiem na Freddiego Mercury'ego.

Od początku było jasne, że będzie to murowany hit. W końcu chodzi o najbardziej znany zespół spod znaku gitar, perkusji i mocnego wokalu. Tyle że poza sceną finałową, pokazującą wielki koncerty na Wembley, dostaliśmy dość obraz nieco zbyt ugrzeczniony, trochę bajkę o rockowym Kopciuszku, a nie pełnokrwistą opowieść żywych ludziach. I najgorsze: moim zdaniem Rami Malek wypadł w roli Mercury'ego słabo i nieprzekonywująco, mimo że dostał Oscara.

Dalsza część artykułu poniżej.

Są jednak takie biografie rockmenów, które udowadniają, dlaczego twórcy filmowi aż tak je lubią. Chociażby "Brud", filmowa biografia Mötley Crüe, która jest dostępna na Netflix. Tu otrzymaliśmy istną jazdę bez trzymanki, z nadmiarem substancji zakazanych oraz moralnym upadkiem głównych bohaterów. O wiele lepiej oddaje to klimat glamrockowej sceny lat 80.!

Jeszcze o krok dalej poszli twórcy nieco bardziej niszowych "Władców chaosu", którzy opowiadają o losach muzyków Mayhem i powstaniu norweskiego black metalu. Co ciekawe, tym razem dokonano tu pewnej dekonstrukcji mitu: głównych bohaterów pokazano nie jak przerażających metalowców, ale bardzo zagubionych młodych ludzi, którzy zaczynają podpalać kościoły i kreować się na organizację terrorystyczną, aby zwrócić na siebie uwagę społeczeństwa.

I wreszcie kolejny hit, "Rocketman", filmowa biografia Eltona Johna, która pokazuje zmagania muzyka z uzależnieniem, kulisy jego sławy i wreszcie upadek oraz odrodzenie. Choć przypomina to schemat typowej opowieści o bohaterze, który upada i musi się podnieść, wszystko obrano w interesującą, artystyczną wizję. Tak mogłoby wyglądać "Bohemian Rhapsody", gdyby ktoś chciał w bardziej kreatywny sposób podejść do tematu.

Biografie muzyczne o raperach mają ogromny potencjał. "Snoop" może to udowodnić

To tylko parę z wielu przykładów. Trudno się więc dziwić, że widzowie częściej zapamiętują filmy o rockmenach, które często są bardziej sensacyjne fabularnie. Z drugiej strony, scenariusze o raperach mają inny potencjał: dobrze napisane mogą sprawić, że widz będzie się mógł łatwiej zidentyfikować z głównymi bohaterami, którzy najczęściej ze społecznego "dołka" docierają na sam Olimp. I to to może pomóc kinu "raperskiemu" w odniesieniu sukcesu.