
"Pierwszy człowiek", którego zobaczymy w Niedzielę Wielkanocną na Polsacie, to niedoceniany film Damiena Chazelle'a, reżysera "La La Land". Ryan Gosling jako Neil Armstrong, pierwszy człowiek na Księżyciu, nie jest tu wielkim bohaterem ze spiżowych pomników, ale człowiekiem targanym bólem, który ucieka w gwiazdy, by poradzić sobie z osobistą tragedią. To perełka współczesnego kina, którą warto nadrobić nawet późną porą.
Kiedy Damien Chazelle – reżyser "Whiplash" i nagrodzonego 6 Oscarami "La La Land" – ogłosił, że bierze się za biografię Neila Armstronga, wszyscy pukali się w głowę. Laureat Oscara nie kojarzył się z amerykańskim patosem i powiewającymi flagami.
Dostaliśmy jednak coś zupełnie przeciwnego niż typowe hollywoodzkie filmy o kosmosie – oparty na książce Jamesa R. Hansena "Pierwszy człowiek" to film surowy, nakręcony niemal jak dokument, który głównie skupia się na osobistych przeżyciach Armstronga i na cenie, jaką za postęp płacą jednostki i ich rodziny.
O czym jest "Pierwszy człowiek"? Film z Goslingiem opowiada historię Neila Armstronga
Fabuła skupia się na latach 1961–1969, czyli morderczym wyścigu zbrojeń i przygotowaniach do misji Apollo 11. Jednak sercem filmu nie są sale dowodzenia NASA, lecz dom Armstrongów. Neil (Ryan Gosling) i jego żona Janeta (Claire Foy z "The Crown") zmagają się ze śmiercią malutkiej córeczki, Karen. Ten ból staje się jego paliwem – Armstrong ucieka w pracę, w liczby, w ryzykowne testy maszyn, które częściej zawodzą, niż działają.
Chazelle genialnie oddaje klaustrofobię lotów kosmicznych tamtej ery. Zamiast lśniących statków, widzimy puszki z blachy, trzeszczące nity i śruby, które wydają się zaraz odpaść pod wpływem przeciążeń. Siedząc w fotelu przed telewizorem, niemal fizycznie czujemy strach astronautów zamkniętych w metalowych trumnach wysyłanych w próżnię.
Ryan Gosling w roli Armstronga jest świetny, choć niedoceniany, bo nie jest to "krzykliwy" występ. Gwiazdor "Projektu Hail Mary" i "Barbie" jest powściągliwy i małomówny, gra głównie spojrzeniem i mikrogestami. To postać wycofana i zamknięta w sobie, co idealnie kontrastuje z Janet Armstrong, graną przez Foy.
Serialowa królowa Elżbieta II to serce "Pierwszego człowieka". Piekielnie utalentowana Brytyjka tworzy postać kobiety, która nie jest tylko "żoną przy mężu" – to ona musi mierzyć się z wizją bycia wdową z dnia na dzień i to ona wykrzykuje naukowcom z NASA prawdę o tym, że "są tylko bandą dzieciaków bawiących się w piaskownicy".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Film "Pierwszy człowiek" był nominowany do czterech Oscarów (tych bardziej technicznych) i zdobył statuetkę za najlepsze efekty specjalne. Całkowicie zasłużenie – lądowanie na Księżycu to jedna z najpiękniejszych scen w historii kina science-fiction. Wykorzystanie taśmy 16 mm i formatu IMAX daje obraz, który jest jednocześnie ziarnisty, brudny i przejmujący, a melancholijny klimat buduje muzyka Justina Hurwitza, zdobywca Oscara za ikoniczną ścieżkę dźwiękową do musicalu "La La Land".
"Pierwszy człowiek" ma 87 procent pozytywnych recenzji krytyków i 68 procent pochlebnych opinii od publiczności na Rotten Tomatoes. Skąd ta różnica? Film Damiena Chazelle'a zawiódł niektórych widzów, którzy spodziewali się spektakularnego blockbustera o misji Apollo 1.
Owszem, film jest widowiskowy, ale nie jest to hurrapatriotyczna produkcja o sukcesie Amerykanów. To raczej intymna historia o człowieku, który musiał polecieć na Księżyc, by w końcu móc pożegnać się z tym, co stracił na Ziemi.
Gdzie obejrzeć "Pierwszego człowieka"?
Film obejrzycie w Niedzielę Wielkanocną, 5 kwietnia, o godzinie 23:05 na Polsacie. Choć godzina emisji może wydawać się wyzwaniem, refleksyjny "Pierwszy człowiek" to idealny film na zakończenie świątecznej niedzieli. A jeśli wolicie się wyspać, znajdziecie go w streamingu na HBO Max.
