He-Man
He-Man powrócił Fot. Kadry z "He-Man i Władcy Wszechświat" oraz "Władcy Wszechświata" / materiały prasowe // montaż: naTemat

Do kin wlecieli "Władcy Wszechświata”, w których w rolę He-Mana wciela się Nicholas Galitzine, a demonicznym Szkieletorem został Jared Leto. Ale skąd właściwie wziął się najpotężniejszy człowiek we wszechświecie i słynny "posępny czerep"? Wyjaśniamy popkulturowy fenomen – od genialnego chwytu marketingowego, przez słynny mem, aż po status kampowej i gejowskiej ikony.

REKLAMA

He-Man wcale nie narodził się na kartach komiksów. Jego historia zaczęła się w 1982 roku na taśmie produkcyjnej fabryki zabawek Mattel, która stworzyła również ikoniczną Barbie. Flirtująca dziś z AI firma desperacko potrzebowała przebojowej franczyzy dla chłopców, która przebiłaby popularnością figurki "Star Wars". Projektant Roger Sweet stworzył wtedy He-Mana, muskularnego herosa w kusym ubranku i z blond fryzurą na boba, który przypominał miks Conana Barbarzyńcy, superbohatera i miłośnika siłowni.

Serial powstał rok później, co było czysto marketingową strategią – kreskówka miała napędzić sprzedaż. Amerykański serial "He-Man i Władcy Wszechświata" opowiadał o młodym księciu Adamie z planety Eternia, który dzięki Mieczowi Mocy potajemnie przemienia się w He-Mana, najpotężniejszego człowieka we wszechświecie. Razem z przyjaciółmi broni magicznego Zamku Posępnego Czerepu przed demonicznym czarnoksiężnikiem Szkieletorem, który chce przejąć władzę nad całym światem.

Serial odniósł ogromny sukces, stał się globalnym fenomenem i wychował całe pokolenie dzieciaków z lat 80. i 90. W 1987 roku produkcja trafiła do Polski i podbiła również serca polskich dzieci, które ochoczo krzyczały na podwórkach "na potęgę posępnego czerepu!".

He-Man dostał drugie życie dzięki internetowi. Wrócił jako mistrz kampu

Z dzisiejszej perspektywy serial "He-Man" to absolutne arcydzieło kampu, estetyki opartej na przesadzie i zamiłowaniu do kiczu. Twórcy tworzyli bajkę śmiertelnie poważnie, ale dorosłemu widzowi trudno się dziś nie zaśmiać, gdy ogląda paździerzowe animowane efekty albo taneczny sposób poruszania się bohaterów (przez skrajnie ucięte budżety animatorzy w kółko kopiowali te same ruchy). Nie mówiąc już o jaskrawych kolorach i piskliwie mówiącym Skeletorze, który niczym rasowa drama queen ciągle strzela fochy.

Nie zapominajmy o kamuflażu stulecia, który przebija nawet Clarka Kenta Supermana. Książę Adam ukrywa tożsamość przed bliskimi, zdejmując pancerz i zakładając jaskraworóżową kamizelkę oraz fioletowe rajtuzy. Fryzura na idealnego boba pozostaje bez zmian, a rodzina królewska wciąż nie potrafi połączyć kropek.

Ta kampowa otoczka dała He-Manowi drugie życie w epoce internetu. Gigantycznym viralem okazał się amatorski klip z 2005 roku grupy Slackcircus, w którym pod sceny z kreskówki podłożono klubowy cover hitu "What's Up?" 4 Non Blondes. Tak narodził się kultowy mem "HEYYEYAAEYAAAEYAEYAA", w którym naoliwiony blondyn śpiewa dyskotekową piosenkę, robiąc przekomiczne miny i dziwnie tańcząc. Memów o He-Manie i Szkieletorze (jak gif ze śmiejącym się truposzem) powstało zresztą bez liku.

He-Man to jeden z najlepszych przykładów tego, jak kultura internetowa potrafi ocalić przed zapomnieniem dawną markę. Gdyby nie internauci, książę Adam prawdopodobnie podzieliłby los wielu innych plastikowych franczyz z lat 80., o których pamiętają dziś tylko najstarsi kolekcjonerzy. Sieć wyciągnęła na wierzch wady animacji, kamp i ukryte podteksty, odrzuciła tanią nostalgię i stworzyła bohatera na nowo. Tak powstała ikona ironicznego humoru oraz symbol estetytyki "tak złe, że aż dobre".

He-Man to gay icon. Nie tylko przez obcisłe rajtuzy

A propos ukrytych podtekstów. He-Man to muskularny superbohater, którego umiejscowilibyśmy dziś po stronie toksycznej i stereotypowej mękości. Tymczasem postać z fryzurą na garnek dziś jest gejowską ikoną i to nie tylko z powodu uwielbianego przez społeczność LGBTW+ kampu.

He-Man biegający w samej skórzanej uprzęży, majtkach i wysokich butach, otoczony hiper-muskularnymi facetami na tle jaskrawych, pastelowych i tęczowych krajobrazów Eternii, idealnie odzwierciedlał kulturę gay clone, inaczej zwaną Castro Clone, która powstała w latach 80. w San Francisco (stamtąd dotarła do Londynu i Freddiego Mercury'ego).

To estetyka na męskiego, umięśnionego robotnika, z wąsami i krótkimi włosami, która upodobała sobie m.in. skórzane pasy oraz obcisłe stroje kąpielowe lub spodenki. Pod kątem mięśni i ubioru He-Man wyglądał więc jak co drugi mężczyzna w "ejtisowym" klubie dla gejów i perfekcyjnie wpisywał się w fantazję o super męskim facecie.

Dalsza część artykułu poniżej.

Zresztą historię księcia Adama odczytuje się często jako metaforę coming outu. Bohater ukrywa swoją prawdziwą tożsamość przez otoczeniem. Przełom następuje w momencie, gdy Adam wyciąga miecz (jego falliczny kształt też robi swoje) i krzyczy o posiadaniu "wspaniałej, sekretnej mocy". Staje się wtedy najpotężniejszą wersją samego siebie. Mattel nigdy z tą queerową intepretacją nie walczył.

Film "Władcy Wszechświata" wszedł do kin. Ekranizacja z 1987 to dziś kultowy paździerz

Przeniesienie specyficznej estetyki "He-Mana" na wielki ekran od zawsze było dla Hollywood wyzwaniem. Pierwsza próba z 1987 roku okazała się spektakularną katastrofą.

Ówcześni "Władcy Wszechświata" z Dolphem Lundgrenem w roli głównej okazali się filmem tak bardzo bezbudżetowym, że twórcy przenieśli akcję z magicznej Eternii na... przedmieścia amerykańskiego miasteczka, byle tylko zaoszczędzić na scenografii. Choć film po latach zyskał status kultowego gniota, na dekady odstraszył wszystkich potencjalnych reżyserów i producentów.

Wszystko zmieniło się w tym roku za sprawą nowej produkcji od Amazona, za którą stoi reżyser Travis Knight ("Bumblebee"). "Władcy Wszechświata" z Nicholasem Galitzinem ("Red, White and Royal Blue", "Purpurowe serca") jako He-Manem oraz laureatem Oscara Jaredem Leto ("Morbius, "Legion samobójców") jako Szkieletorem nie boi się neonowych barw, celowo kiczowatego klimatu i mrugania okiem do memów.

Film, który wszedł do polskich kin 5 czerwca, zbiera solidne recenzje (66 procent procent od krytyków i aż 87 procent od widzów na Rotten Tomatoes). Nostalgia za latami 80. wciąż ma się więc dobrze.