
Wokalista Rammsteina Till Lindemann organizuje swój własny festiwal w Lipsku. Pomysł na papierze brzmi jak przepis na sukces. Historia pokazuje jednak, że nawet giganci pokroju Metalliki potrafią na takiej inwestycji stracić.
Till Lindemann zaprasza wszystkich swoich fanów na własny festiwal w Lipsku. Na miejscu zagra dwa koncerty z dwoma zupełnie innymi setlistami. Pytanie, czy to megalomania, która zakończy się wielką porażką, czy świetny pomysł na dywersyfikację dochodu.
Festiwal Tilla Lindemanna jeszcze w tym roku
Rammstein od wielu lat słynie z porywających koncertów. Nagrywa też raz lepsze, raz nieco gorsze, ale zawsze trzymające poziom płyty. Till Lindemann, który trzyma w zespole mikrofon, stara się powielić ten sukces w ramach swojej kariery solowej.
Jak na razie z efektem niezbyt udanym. Jego albumy nie mają takiego potencjału jak wydawnictwa Rammsteina. Koncerty? Są... obrzydliwe. I to dosłownie. Muzyka schodzi na nich na drugi plan, na pierwszym są ordynarne pokazy zahaczające o estetykę z filmów dla dorosłych. I to dla koneserów specyficznych doznań.
Teraz Lindemann chce to wszystko wynieść na wyższy poziom i organizuje swój festiwal, który odbędzie się w dniach 3 i 4 lipca 2026 roku przy Pomniku Bitwy Narodów w Lipsku. Pod hasłem "ONE FESTIVAL. TWO SHOWS. TWO WORLDS" w czasie "Till Fest" zagra dwa koncerty, oba z różnymi setlistami.
Wokalistę Rammsteina ma wspierać grupa Ministry, która także wystąpi dwa razy. Skład festiwalu uzupełniają: Hemlock, Hocico, Aesthe7c Perfec7on, Kite Thief, Lowlife, Swarm6ix, Cober Mouth, ERDLING oraz Mimi Barks. Na "Till Fest" będzie dominować muzyka z pograniczu industrialu, metalu i elektroniki.
Dalsza częsć artykułu poniżej.
Zobacz także
Metallica połamała sobie na tym metalowe zęby
Choć całość brzmi jak przepis na wielki sukces, historia muzyki pokazuje, że bywa różnie. Nawet Metallica na tym polu przegrała.
W latach 2012-2013 zespół zorganizował dwie edycje festiwalu Orion (w 2012 r. w Atlantic City oraz rok później w Detroit). Okazało się, że samo logo twórców "Master of Puppets" nie wystarczyło. Trzeciego Oriona nie było.
James Hetfield, wokalista Metalliki, w rozmowie z "So What!" wspominał potem, że jego grupa straciła na tym wszystkim miliony dolarów. – Za pierwszym i za drugim razem straciliśmy miliony. Nie możemy tego robić. W pewnym momencie w grę wchodzi biznes. Po co kontynuować coś, co cię niszczy i powstrzymuje cię przed ruszeniem do przodu. Fajnie było to zrobić, to było niezłe uderzenie, zatrudniliśmy wielu ludzi i pomogliśmy obu miastom. Dużo dobrego z tego wyszło, ale nie możemy znów tego zrobić – powiedział.
Dlaczego jednak nie wyszło? Hetfield sugerował, że problemem była zbyt duża różnorodność stylistyczna zespołów, które trały na Orionie. To jednak wątpliwe, co pokazuje np. sukces polskiego Mystic Festivalu, na którym w tym roku zagrały i zespoły metalowe, i jazzowe, i elektroniczne.
Przykład Oriona "Mety" pokazuje jednak, że nazwa nawet największego zespołu metalowego świata nie wystarczy, by festiwal rockowy okazał się murowanym sukcesem. Pytanie, jak na tym polu poradzi sobie Till Lindemann.




