Helena Englert
Helena Englert nie jest lubiana. Przynajmniej na razie Fot. Instagram / Helena Englert // edycja: naTemat

Helena Englert jest obecnie jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiego show-biznesu. Powód? Nepotyzm. Oskarżenia pod adresem córki Jana Englerta i Beaty Ścibakówny o bycie "nepo baby" uderzyły z podwojoną (a nawet potrojoną) siłą po koncercie piosenkarki i aktorki na Open'erze. 26-latka zaśpiewała na najmniejszej Flow Stage, mimo że ma dopiero cztery single. W sieci pojawiły się fragmenty, a krytycy... utwierdzili się w przekonaniu, że mają rację. Afera z Helą jest jednak znacznie bardziej złożona.

REKLAMA

Jeśli miałoby się wskazać jedną rzecz, której Polacy szczerze nienawidzą, to byłoby to uprzywilejowanie. Wychodzisz przed szereg, odnosisz błyskawiczny sukces, a masz znane nazwisko? Nie zostawią na tobie suchej nitki, nawet jeśli rzeczywistość jest inna niż w wyobrażeniach.

Właśnie to dzieje się w przypadku Heleny Englert, która pochodzi z "filmowej arystokracji". Jest córką aktora, reżysera, profesora sztuk teatralnych Jana Englerta i aktorki Beaty Ścibakówny. Jej stryjem jest aktor i reżyser teatralny Maciej Englert, stryjenką – aktorka Marta Lipińska, a bratem stryjecznym – operator filmowy Michał Englert. Matka chrzestna? Anna Dymna. Na ekranie mała Helenka zadebiutowała już jako dwulatka w "Superprodukcji" Juliusza Machulskiego.

Helena Englert bardzo chce być aktorką. I jest obiecująca

26-latka ma filmową pasję we krwi, ma też wsparcie rodziny. W 2019 roku wyjechała studiować aktorstwo na prestiżowej uczelni w Stanach Zjednoczonych – Tisch School of the Arts w Nowym Jorku. Czesne? 36–39 tysięcy dolarów za semestr, czyli około 135,7–147 tysięcy złotych. Englert nie odnalazła się za oceanem i rzuciła szkołę po dwóch semestrach. Później w rozmowie z Karolem Paciorkiem mówiła o "cofnięciu się w rozwoju", "chorych pieniądzach" i poczuciu, że trwoni kasę rodziców.

Wróciła do Polski, dostała się na Akademię Teatralną w Warszawie. Ukończyła wszystkie zajęcia, ale nie obroniła tytułu. – Sama zaczęłam studia, ale magisterki nie oddałam. Po prostu zaczęłam pracować i praca wyparła konieczność oddania papieru – mówiła w Onecie.

A pracuje naprawdę sporo. W swojej filmografii ma już ponad 20 produkcji. "Barwy szczęścia", "Wojenne dziewczyny", "Rodzinka.pl", "Żywioły Saszy. Ogień", główna rola w "#BringBackAlice" HBO i jedna z głównych w "Algorytmie miłości" CANAL+, parodii randkowych reality shows. Po drodze erotyczna "Pokusa" i głosowe role w "Minionkach".

Kiedy Englert zaczęła dostawać główne role, w sieci zaczęło się pomstowanie na nepo baby (czyli dziecko znanych rodziców). "Wzięła się znikąd", "Gra, bo ma sławnego tatusia" – pisali internauci, chociaż pracować zaczęła już jako 13-latka, a w wieku 16 lat dostała stałą rolę w "Barwach szczęścia" – chociaż, nie ukrywajmy, wciąż z pozycji VIP-a. Krytycy piszą, że ma talent i jest obiecująca, ale na razie nie miała jeszcze swojego przełomu i czeka na filmowo/serialową "rolę życia".

Największa burza wybuchła, gdy w ubiegłym roku Jan Englert wystawił "Hamleta" w Teatrze Narodowym w Warszawie jako swoje pożegnanie z posadą dyrektora artystycznego. Rolę Ofelii dał Helenie, a Gertrudy – swojej żonie. W mediach rozpętało się piekło.

– Jest rzeczą naturalną i powinno być zrozumiane, jeśli mamy w sobie choć odrobinę empatii, że jeśli ktoś odchodzi, żegna się, to chce mieć przy sobie najbliższych. Koniec, więcej tłumaczyć się nie będę – tłumaczył w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Jan Englert. Piekło uspokoiło się jednak po premierze. Helenę Englert powszechnie chwalono, a krytyk Jarosław Mikołajewski z "Wyborczej" pisał o "przejmująco bolesnej kreacji".

Córka Englerta chce być też piosenkarką, ale... jest ciężko

Polacy przełknęliby jeszcze może Englert jako aktorkę, zwłaszcza że ma naprawdę zadatki na niezłą artystkę, ale kiedy zaczęła angażować się w muzykę... zrobiło się znacznie gorzej.

W listopadzie 2025 roku wydała swój pierwszy singiel "Pani domu", alternatywny pop z klubowym zacięciem. Od razu wybuchł skandal – Helena śpiewa o "kanapkach z hajsem", ale ponad dekadę temu rapowała o nich Dorota Masłowska jako Mister D. w kawałku "Haj$".

Pisarka oskarżyła początkującą wokalistkę o kradzież i żądała natychmiarsowego usunięcia frazy z piosenki. "Nie wiem, jak to zrobicie, chyba musicie cofnąć czas. Ale chcę, by było jasne: to jest ordynarna kradzież. 'kanapki z hajsem' były błyskotliwe 10 lat temu. Albo wcale. Jednak to ja je zrobiłam" – grzmiała w mediach społecznościowych Masłowska.

"(...) Pałam do pani ogromnym szacunkiem. W związku z czym żadne działanie z mojej strony nie ma prawa być wymierzone przeciwko pani. Na celu miałam – proszę wybaczyć patetyzm – oddanie pani hołdu. Byłam przekonana, że jako (o ile dobrze rozumiem pani twórczość) fanka pastiszu, obrazoburczości i polskiego absurdu zrozumie to pani" – odpowiedziała Englert.

"Pani domu" ma dziś na YouTube 149 tysięcy wyświetleń. Jako Hela wydała jeszcze trzy single: "Milcz" (109 tys.), "Wszystko na nic" (126 tys.) i "Przy tobie" (17,5 tys. w pięć dni). Na Spotify słucha jej nieco ponad 56 tysięcy słuchaczy miesięcznie. Reakcje na jej muzykę? Jedni narzekają, że dziwne i kicz, inni chwalą Englert za oryginalność i własny głos muzyczny.

"Uwielbiam ludzi, którzy tworzą po swojemu i nie próbują brzmieć jak wszyscy. Czuć tutaj autentyczność i emocje... W czasach kopiowania trendów i AI własne teksty i własny styl są naprawdę czymś wyjątkowym... Ogromny szacunek za odwagę i szczerość w muzyce" – brzmi jeden z komentarzy na YouTube.

Hela na Open'er Festival 2026 z czterema piosenkami

Englert stawia kolejne kroki w muzyce i może Polacy w końcu by ją kupili, gdyby nie... Open'er Festival 2026.

1 lipca Hela otworzyła najmniejszą scenę Flow, która promuje alternatywnych, młodych artystów i świeże brzmienia. Oczywiście w sieci zagotowało się jak nigdy dotąd, bo to naprawdę dość błyskawiczna kariera muzyczna.

Znacie ten jeden prosty trik, jak zostać gwiazdą w Polsce? Wystarczy, że będziecie mieli znanego starego. Wtedy możecie zagrać nawet na Open'erze, mając wydane jedynie trzy utwory. [...] I wiecie, dlaczego zespoły, które latami budują swoją pozycję w Polsce, nie mogą zagrać na Open'erze? Dlatego, że nie mają na nazwisko Englert, a ich stary nie jest eksdyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie. I oczywiście Helena to jest przypadek, ale zauważcie, że w Polsce karierę muzyczną najczęściej robią banany – mówił w sieci Przemysław Stefaniak, dziennikarz muzyczny i prowadzący podcast "Po Prostu Muzyka".

Występ na Open'erze z czterema (bo tyle ich łącznie jest) wydanymi piosenkami rzeczywiście może dziwić, zwłaszcza że Helena Englert nie ma jeszcze żadnego virala, który sprawiłby, że sypałyby się zaproszenia na festiwale. To zresztą dopiero jej drugi koncert w karierze, pierwszy zagrała na prywatnym evencie ALTER ART, czyli... organizatora Open'era i Orange Warsaw Festival. Czyli zamknięty krąg.

Warto jednak zauważyć, że na Flow Stage występują niszowi artyści, którzy nie są powszechnie znani. Mają nawet mniej odtworzeń na Spotify niż Englert, chociaż zwykle nieco większy dorobek. I z pewnością są mniej rozpoznawalni w show-biznesie niż Englert, która ma 75 tysięcy obserwujących na Instagramie.

Heli nie pomógł fakt, że w sieci pojawiły się nagrania z jej występu i, mówiąc łagodnie, nie wypadła zbyt dobrze. Internauci ją miażdżą, wytykają fałsz, słaby głos i amatorkę. Nazywają "beztalenciem".

Dalsza część artykułu poniżej.

Polacy nie lubią Heleny Englert i... wybijają ją w górę

Englert się nie poddaje. Wystąpi w kolejnym "Tańcu z gwiazdami", bo jak sama przyznała, chce promować swoją muzykę. Może to jej pomoże, bo na razie Polacy po prostu jej nie lubią i to nawet niezależnie od oskarżeń o bycie nepo baby. 26-latka nie boi się mówić, co myśli, eksperymentuje z modą, jest barwna i głośna. Nie jest sympatyczną dzierlatką, którą wszyscy w mig kochają, a nad Wisłą wyrazistym osobowościom wciąż jest trudniej.

Możemy narzekać, ale Englert śpiewa na Open'erze i za chwilę zatańczy w "Tzg" z jednego prostego powodu: w dzisiejszych mediach to kontrowersja jest najcenniejszą walutą. Paradoksalnie to właśnie potężny hejt i internetowe dramy pokroju afery z "kanapkami z hajsem" napędzają wokół niej gigantyczny szum. Zamiast zaszkodzić Heli, oburzeni internauci i krytycy... sami wybijają ją w górę.

Algorytmy nie rozróżniają zachwytu od wściekłości – liczą się kliki, wyświetlenia i zaangażowanie. Namiętnie produkując tysiące złośliwych komentarzy, hejterzy stają się darmową agencją PR-ową Heli, gwarantując jej stałą obecność mediach i kolejne kontrakty.

A co z nepotyzmem? Jan Englert utrzymuje, że nigdy nic swojej córce nie załatwił, co powszechnie się mu zarzuca. Ale... wcale nie musi. W show-biznesie wystarczy często nazwisko, znajomości, układy. Nie chodzi o to, że Englert wszystko dostawała na tacy, bo widać jak na dłoni, że jest pracowita. To nie działa jak pstryknięcie palcem. Ale łatwiej jest ci, gdy przychodzisz na casting ze sławnym nazwiskiem, niż gdy przychodzisz bez nazwiska. Proste.

Nepo babies często mogą nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Nawet jeśli ciężko pracują i mają talent, nazwisko zawsze robi swoje. Jedni to wypierają, inni doskonale wiedzą, jak to działa. Jeśli chcesz zasłużyć na uznanie, mając znanych rodziców, musisz być zdolny i pracować trzy razy ciężej niż inni. Helena Englert wciąż musi ten talent udowodnić Polakom.