screen z filmu Uwe Bolla
Uwe Boll nakręcił najgorszy film roku. Teraz powstanie gra. Mat. prasowe

"Najgorszy reżyser świata", Uwe Boll, powrócił teraz z filmem "Citizen Vigilante". Choć jest dopiero lipiec, już teraz mogę stwierdzić, że to coś najgorszego, co będzie wam dane zobaczyć w 2026 roku. Co gorsza, wiele wskazuje na to, że twórca cynicznie skomercjalizuje swoją artystyczną porażkę.

REKLAMA

Uwe Boll, najgorszy reżyser świata, przez lata kręcił ekranizacje gier wideo. Wystarczy wspomnieć tragiczne "Alone in the Dark: Wyspa cieni" czy także dalekie od ideału "Bloodrayne". Teraz powrócił z "Citizen Vigilante", który stał się niespodziewanym hitem. I cyniczni twórcy postanowili to wykorzystać.

"Citizen Vigilante", czyli najgorszy film roku

Są filmy tak złe, że aż miło się je ogląda. Ot, choćby, by pośmiać się z tego, co dzieje się na ekranie. Wystarczy wspomnieć o "The Room", które jest fatalne, ale można wyczuć w nim miłość do kina. Nieodwzajemnioną, ale jednak.

Z "Citizen Vigilante" jest inaczej: to obraz tak zły, że aż nie da się go obejrzeć. Wiem, co mówię, gdyż próbowałem. Mamy tu przerysowanie realiów współczesnej Europy, brak logiki świata przedstawionego, fatalne dialogi i bezsensowną brutalność (taką, która służy tylko szokowaniu). A to tylko czubek góry lodowej problemów tego filmu. Nie bez powodu pisaliśmy, że najgorszy reżyser świata wrócił z antyimigranckim gniotem.

Film opowiada o Michaelu Sandersie (Armie Hammer), który wypowiada wojnę nielegalnym imigrantom. Społeczeństwo ma go za bohatera, lokalna policja za kogoś bardzo niebezpiecznego. I żeby nie było: nie chodzi o samą tematykę. Choćby w "John Doe: Samozwańczy strażnik" pokazano, jak można ją ograć w o wiele lepszy sposób. Film Bolla jest po prostu żenująco słaby.

Dalsza część artykułu poniżej.

A mimo tego stał się hitem. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu nadwrażliwości i głupoty władz Niemiec, które zakazały wyświetlania go w kinach (z powodu scen, jakie się w nim znajdują). A że zakazany owoc smakuje najlepiej, niemal wszyscy chcieli obejrzeć "Citizen Vigilante". Pomógł jeszcze Elon Musk, który udostępnił produkcję na platformie X.

Na to wszystko nałożyła się jeszcze wojna kulturowa: skrajna prawica zaczęła bronić filmu, sugerując, że został zakazany, gdyż pokazywał prawdę. Wszystko to jeszcze bardziej zwiększyło skalę tego żałosnego zjawiska. Jakby kontrowersji było tu mało, główną rolę Michaela Sandersa gra tu Armie Hammer, aktor przed laty oskarżony przez kilka kobiet o napaść s*ksualną i... kanibalizm. Przez to został przez Hollywood "scancelowany". Teraz wraca w "wielkim" stylu.

Jak zarobić na porażce?

Najgorsze jest to, że twórcy teraz łatwo skomercjalizują swoją artystyczną porażkę. Nie chodzi tylko o zyski z emisji filmu w sieci, ale też grę "Citizen Vigilante", którą stworzy niemieckie niezależne studio Polygon Art. Produkcja będzie dostępna już za kilka dni na Play Station 5, co pokazuje, że zespół Bolla przewidział całe zamieszanie związane z filmem i postanowił na nim cynicznie zarobić.

Opis gry jest tak samo intrygujący jak filmu: "Miasto pogrążone w przestępczości. System doprowadzony do granic wydolności. Ludzie tracą wiarę. Wcielasz się w Sandersa – nie bohatera ani wybawcę, lecz człowieka, który postanowił działać. Ścigaj brutalnych przestępców, ujawniaj korupcję i zmierz się z konsekwencjami wymierzania sprawiedliwości na własną rękę".

W sieci dostępny jest już trailer produkcji. Grafika przeniesie każdego 40-latka do czasów jego młodości.

Co powinni w takiej sytuacji zrobić widzowie i gracze? Jeżeli zależy im na jakości filmów i gier, najlepiej byłoby takie prowokacje jak nowy film Bolla zignorować. W przeciwnym razie przed nami kolejne żałosne produkcje filmowe nakręcone z myślą o oburzeniu społeczeństwa i wywołaniu kontrowersji. Cyniczni twórcy tylko na to czekają. I liczą dolary.