
18 grudnia w polskich kinach premierę będzie miała trzecia część "Diuny". Jest szansa, że widzowie i fani literatury w końcu w pełni pojmą, o co chodzi w słynnej powieści. Sporo część z was wyjdzie z seansu zaskoczona.
"Diuna" od dziesięcioleci fascynuje czytelników, a od kilku lat także widzów. Przez większość jest odbierana jako wielka powieść science fiction o polityce, religii, ekologii i przeznaczeniu. Problem polega na tym, że jedna z najważniejszych idei, jaką chciał nam przekazać Frank Herbert, jest często niedostrzegana.
Paul Atryda nie jest Lukiem Skywalkerem
Główny bohater powieści, Paul Atryda, od samego początku jest kreowany na wybrańca i postać tragiczną, ale też fascynującą: traci ojca, dom, następnie staje na czele ludu Fremanów, tam odkrywa swoje niezwykłe zdolności i staje się przywódcą, który pokonuje "tych złych". Przecież to niemal Luke Skywalker z "Gwiezdnych wojen"!
No właśnie, i tu pojawia się problem. O ile młody rycerz Jedi jest postacią tak dobrą, że aż mdłą, tak młody Atryda jest o wiele bardziej ludzki. Choć słowo "ludzki" oznacza tu raczej naszą ciemną stronę. Wykorzystuje swoje moce, ludzką naiwność i oczekiwanie na przyjście mesjasza do zdobycia władzy. Słynne proroctwo, jakie Herbert opisał w książce, to tak naprawdę cyniczne narzędzie, które można wykorzystać do mobilizacji społeczeństwa i zmiany ustroju.
I tu dochodzimy do najważniejszego: jednym z największych nieporozumień dotyczących "Diuny" jest traktowanie Paula jako bohatera i wzoru idealnego przywódcy. Tymczasem to postać, która powinna wzbudzać nasz niepokój. Najbardziej niebezpieczni liderzy to nie ci, którzy są oczywiście źli, ale ci, którzy są przekonani, że działają dla dobra wszystkich.
Historia zna wiele przykładów polityków, którzy zaczynali od obietnic odnowy i wprowadzenia sprawiedliwości społecznej, a kończyli jako krwawi dyktatorzy. Wystarczy wspomnieć o komunizmie i takim potworze w ludzkiej skórze jak Józef Stalin. I właśnie kimś takim jest Paul, międzygalaktycznym tyranem, a nie zbawcą, na którego wszyscy czekali.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Film Denisa Villeneuve’a wszystko wyjaśni?
Za nami adaptacja filmowa "Diuny" Davida Lyncha, która tylko utrwaliła błędne spojrzenie na Atrydę. Jednocześnie swoją wersję słynnej książki przedstawił nam Denis Villeneuve. Jak na razie widzieliśmy części pierwszą i drugą. Przed nami trzecia, która trafi do kin 18 grudnia.
Czy "trzecia Diuna" w końcu sprawi, że wszyscy pojmą, o co chodziło Herbertowi? W pierwszych dwóch filmach Paul to nadal klasyczny wybraniec: młody, zdolny, szlachetny i przeznaczony do wielkich rzeczy. Do tego widz może z nim empatyzować i mu współczuć. W końcu stracił ojca i dom.
Przełom może jednak nastąpić w "trójce". Jak wynika z trailerów, twórcy postanowili nie cackać się z widzem i pokazać Paula jako potwora w ludzkiej skórze, który ma na sumieniu miliony ofiar.
Przestroga przed fanatyzmem i kultem jednostki
"Diuna" jest przestrogą przed fanatyzmem religijnym i kultem jednostki. Herbert stworzył historię, w której największą pułapką nie jest brak pozytywnego głównego bohatera, ale nasza potrzeba jego znalezienia. Paul Atryda jest bowiem ostrzeżeniem przed światem, w którym ludzie przestają samodzielnie myśleć i oddają swój los w ręce jednostki.




