Hit Netflixa strzelił sobie w stopę w pierwszej minucie. I już się z tego nie podniósł
"Ostatni dom" strzela sobie w stopę już w pierwszej minucie. Hit Netflixa to zmarnowany potencjał Fot. materiał prasowy / Netflix

"Ostatni dom" Louisa Leterriera miał wielki potencjał. W jego zapowiedziach czuć było powiew wczesnych dzieł M. Nighta Shyamalana, które zwrotami akcji i zabawą nadnaturalnymi elementami trzymały widza na krawędzi fotela. Film Netflixa jest niestety spalonym pomysłem. Już w scenie otwierającej podaje nam na tacy całą fabułę.

REKLAMA

Prognozy pogody zapowiadają ulewny deszcz w Seattle. W największym mieście stanu Waszyngton to dzień jak co dzień. Życie się toczy dalej, nawet gdy nad głowami ludzi pojawiają się gęste chmury, określane przez prezenterów telewizyjnych mianem anomalii. "Ostatni dom", za którego kamerą stanął Louis Leterrier (reżyser "Człowieka psa"), skupia się na losach rodziny z sąsiedztwa, niemalże od razu przybliżając nam jej problemy. W bohaterach filmu nie ma niczego wyjątkowego. Ot zwykli ludzie.

Recenzja filmu "Ostatni dom". Pierwsza minuta jest problemem

Życie małżeństwa – Ann i Jasona – naznaczone jest spłatą kredytu hipotecznego, który przestaje być dla pary problemem, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zostaje zamknięta razem z dziećmi w domu. Szyb w oknach nie da się zbić, drzwi też nie chcą wypaść z zawiasów, a na zewnątrz czai się tajemnicze zagrożenie. Sąsiedzi również utknęli w swoich czterech ścianach.

Czy to sprawka rządu USA? Czy Ziemię zaatakowali przybysze z kosmosu? "Ostatni dom" odpowiada na te pytania, zanim na ekranie cokolwiek się zadzieje. Leterrier postanowił otworzyć film słowami brytyjskiego pisarza fantastycznonaukowego Arthura C. Clarke'a ("2001: Odyseja kosmiczna"), który w czasopiśmie naukowym "Nature" napisał: "Jakże chybione jest nazywanie tej planety Ziemią, skoro ewidentnie jest to ocean".

Wagner Moura w filmie "Ostatni dom"
Wagner Moura w filmie "Ostatni dom". Fot. materiał prasowy / Netflix

Zamieszczenie cytatu w pierwszych sekundach produkcji odarło "Ostatni dom" z jego kluczowej tajemnicy. Kiedy w filmie zaczęły pojawiać się dziwne sylwetki "stworów" odpowiedzialnych za uwięzienie mieszkańców Seattle w ich domach, czujny widz od razu mógł zacząć łączyć kropki. Za ociekającymi wodą istotami nie stoi zagrożenie z kosmosu, lecz fakt, że ponad 80 proc. oceanów pozostaje niezbadane. Radość z domysłów mi odebrano, a wykonanie całej intrygi było zbyt łopatologiczne, bym po napisach końcowych czuła satysfakcję z seansu.

Dalsza część artykułu poniżej.

Odniosłam wrażenie, że Leterrier nie do końca wiedział, jaki film chce nakręcić. Z jednej strony mamy thriller sci-fi, z drugiej kino familijne – w obiektywie Påla Ulvika Roksetha ("22 lipca") żaden z tych gatunków nie spełnia swoich obietnic. Scenariusz Matthew Robinsona ("Miłość i potwory") ocieka nadmierną ekspozycją i nienaturalnymi dialogami, które zamiast służyć aktorom, tylko im przeszkadzają, a trzeba talentu, by pozwolić Wagnerowi Mourze ("Narcos") i Grecie Lee ("Poprzednie życie") źle wypaść przed kamerą. Ich możliwości został zwyczajnie zmarnowane.

Dalsza część artykułu poniżej.

QUIZ: Czy rozpoznasz film sci-fi po kadrze?

logo
Quiz

1 / 11 Z jakiego filmu pochodzi ten kadr?

Fot. materiał prasowy

W fabule "Ostatniego domu" odkryjemy mnóstwo absurdalnych dziur fabularnych i niezbyt ciekawych efektów komputerowych, które aż kłują w oczy. Ponadto instynkt przetrwania bohaterów, którzy powielają hollywoodzkie stereotypy, wydaje się mało wiarygodny. Proekologiczne przesłanie hitu Netflixa ginie gdzieś w natłoku głupotek, jakie podsuwają nam pod sam nos Leterrier z Robinsonem. Podobnie wypadł thriller "Zostaw świat za sobą" z Julią Roberts.