
"Spider-Man: Całkiem nowy dzień" już rozrabia w kinach, a reakcje są entuzjastyczne. Nic dziwnego, bo Marvel zszedł na ziemię, a nowy Pajączek jest zabawny, emocjonalny i zaskakująco ludzki. Tyle że czwarty film z Tomem Hollandem ma całą listę bolączek, przez które trudno w pełni cieszyć się z jego powrotu. MCU lubi o tym zapominać, ale film naprawdę powinien mieć scenariusz.
Recenzja bez spoilerów.
Niektórzy pozostają wierni "Spider-Manom" z Tobeyem Maguire'em, na których się wychowali, inni idą pod prąd i wolą "Niesamowitego Spider-Mana" z Andrew Garfieldem. W 2017 roku pajęczy strój przywdział Brytyjczyk Tom Holland, a Marvel zyskał trzy swoje największe hity w całym Marvel Cinematic Universe. I wszystko wskazuje na to, że "czwórka", "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" też przyniesie setki milionów dolarów zysku.
O czym jest "Spider-Man: Całkiem nowy dzień"? Petera Parkera nikt nie pamięta
Po wydarzeniach z filmu "Spider-Man: Bez drogi do domu" Peter Parker (Tom Holland) żyje zupełnie sam. Ciocia May nie żyje, a zaklęcie Doktora Strange'a sprawiło, że świat zapomniał o istnieniu Petera. Jego ukochana MJ (Zendaya) i najlepszy przyjaciel Ned (Jacob Batalon) nie mają więc pojęcia, kim jest.
Cztery lata później Spider-Man chroni Nowy Jork na pełny etat i zyskuje nawet szacunek policji. Na jego drodze staje jednak nowy, tajemniczy wróg, pajęcze moce zaczynają wymykać mu się spod kontroli, a na dodatek musi "współpracować" z człowiekiem, który bardzo nie lubi działać w duecie, czyli Punisherem (Jon Bernthal) z netfliksowych "Daredevila" i "Punishera" oraz disneyowskich "Daredevila: Odrodzenie" i "Punishera: Ostatnie starcie".
Na ekranie zobaczymy też filar "Avengers", czyli Marka Ruffalo jako Bruce'a Bannera/Hulka oraz Michaela Mando, który ponownie wciela się w Scorpiona, a także debiutujących w MCU: Sadie Sink ("Stranger Things"), której rola od początku była owiana tajemnicą, Lizę Colón-Zayas ("The Bear") i Tramella Tillmana ("Rozdzielenie"). W filmie przelotnie pojawia się również gangsterski przeciwnik Spider-Mana – Tombstone, grany przez Marvina Jonesa III, który podkłada głos komiksowemu antagoniście w animowanym "Spider Man Uniwersum".
Za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, reżyser "Shang-Chi i legendy dziesięciu pierścieni", jednego z najlepszych i najbardziej niedocenianych filmów MCU, a scenariusz napisali Chris McKenna i Erik Sommers, scenarzyści trzech poprzednich filmów o Spider-Manie z Hollandem. I jak wyszło?
Dalsza część artykułu poniżej.
Czy rozpoznaz film Marvela po kadrze?
1 / 20 Na początek coś łatwego. Z jakiego filmu pochodzi ten kadr?
Fot. MCU
Recenzja "Spider-Mana: Całkiem nowy dzień". Żegnaj multiwersum, witaj Spider-Manie z sąsiedztwa
Po "Spider-Manie: Bez drogi do domu" nowy "Pająk" jest jak powiew świeżego powietrza. Nie ma wieloświata, nie ma kilku Spider-Manów (choć uwielbiałam trio Tobeya Maguire'a, Andrew Garfielda i Toma Hollanda), nie ma magii. Nie ma chamskiego fanserwisu. Niestety razem z tymi zbędnymi rzeczami uciekł też element niezbędny – ekscytacja. Tego w "Całkiem nowym dniu" brakuje, mimo że mamy i frajdę (latanie i skakanie po Nowym Jorku to frajda nie z tej ziemi), i emocje, o których za chwilę.
Ekscytacja gdzieś wyparowała i wcale nie dlatego, że zza rogu nie wyskakują Maguire i Garfield. Brakuje elementu zaskoczenia, czegoś, co wytrąciłoby "Całkiem nowy dzień" z przewidywalnego toru.
Pojawienie się jednej postaci z MCU (nie, nie chodzi o Hulka) nie dziwi, bo spekulacje krążyły od miesięcy, a grająca ją osoba pojawiła się na oficjalnej premierze (bez sensu). Z kolei miesiące internetowych spekulacji zrobiły swoje także w przypadku tajemniczej roli Sadie Sink. W efekcie wszystko jest dla fanów Marvela dość przewidywalne, choć ci, którzy nie zjedli na nim zębów, mogą się momentami zaskoczyć.
Brak ekscytacji (albo niech będzie: umiarkowaną ekscytację, bo początkowe sceny z nową bohaterką są świetnie pomyślane i rozkosznie creepy) rekompensują fenomenalnie choreografowane sceny walk oraz sprytnie wymyślone sceny akcji, które nie są zwykłą marvelową sieczką. Walka z grupą ninja w czterech ścianach jest absolutnym realizacyjnym cudeńkiem.
Widać w tym wszystkim wizję i sprawną rękę reżysera, który nie poszedł na łatwiznę i wyjął ze swojej głowy (oraz z gier o Spider-Manie, co ujawnił Tom Holland) tonę błyskotliwych pomysłów. Z powodzeniem odróżniają one "Całkiem nowy dzień" od podobnych widowisk superbohaterskich. To była akurat wielka frajda.

Nowy "Spider-Man" jest zaskakująco emocjonalny i chwała mu za to
Ale wróćmy do emocji, bo to one są fundamentem nowego "Spider-Mana". Owszem, Pająk znowu śmieszkuje, a jego relacja z Punisherem opiera się na kumpelskich tekścikach. To pozostałość po dawnych "Spider-Manach", dziedzictwo Pająka, na które można kręcić nosem, ale umówmy się: Spider-Man i suchary są nierozłączni. Choć trzeba przyznać nowemu "Spider-Manowi", że momentów, w których prychamy albo wywracamy oczami, jest naprawdę mało. To nie "Ant-Man".
Ale dużo jest tutaj emocji – i to trudnych. Punktem wyjścia jest przecież samotność Petera Parkera, która staje się głównym motywem całego filmu. Czy superbohater i zamaskowany mściciel może mieć rodzinę i przyjaciół, czy z góry jest skazany na bycie samemu? Takie pytanie zadaje czwarty film o "Spider-Manie", nie tylko poprzez postać Petera, ale również Punishera i... jeszcze jednej osoby.
Peter nie tylko jest samotny, ale musi zmierzyć się z czymś, co, jeśli się nad tym zastanowić, wydaje się niewyobrażalne. Dwie osoby, które kocha najbardziej na świecie, zupełnie go nie pamiętają i żyją tak, jakby w ogóle go nie było. To chyba najgorszy rodzaj samotności. Scena, w której Peter wkrada się na parapetówkę i tęsknie spogląda na MJ i Neda, potrafi złamać serce. Tak, na nowym "Spider-Manie" można uronić kilka łez, choć jedna emocjonalna scena przypomina rzewny i kiczowaty teledysk zespołu pop-rockowego z początku lat 2000.
Ta przyziemność i dojrzałość to ogromny atut "Całkiem nowego dnia". Film skupia się wyłącznie na Nowym Jorku, a jego bohaterem jest młody mężczyzna, który z jednej strony zmaga się z samotnością, a z drugiej przechodzi przemianę, której sam nie rozumie. Z Peterem Parkerem można utożsamić się jak nigdy dotąd. Moment, w którym tłum skanduje imię Spider-Mana, a Peter stoi niezauważony wśród ludzi, nie pozostawia wątpliwości: superbohaterstwo ma swoją cenę. Filmy Marvela nigdy wcześniej nie były aż tak ludzkie.
Wątek tego, że bliscy nie pamiętają Petera, został potraktowany w najlepszy możliwy sposób. Końcówka robi się wprawdzie zbyt łzawa (choć z zupełnie innego powodu), ale przez większość filmu ta melancholia działa zaskakująco dobrze. Ostatnia scena to małe cudeńko, które udowadnia, że nie trzeba wielkich słów ani łez, żeby emocjonalnie poruszyć widza.

Tom Holland zachwyca jako Peter Parker, Zendaya nie ma co grać
Problemem jest jednak chaotyczny scenariusz. Owszem, może na papierze wszystko miało sens, ale "Całkiem nowy dzień" chce złapać zbyt wiele wiele srok za ogon. Niby mamy zarys, o czym jest film, ale w pewnym momencie zadajemy sobie pytanie: hej, ale właściwie do czego to wszystko zmierza? Momentami "Całkiem nowy dzień) robi się zapowiedzią kolejnej produkcji MCU, co dla Marvela charakterystyczne, ale w "Spider-Manie" niekoniecznie potrzebne.
Film najlepiej działa w ludzkich, kameralnych momentach, a najgorzej, gdy uwaga przenosi się z Petera na inne postacie. Pojawienie się Bruce'a Bannera ma swój fabularny sens, ale przedłużenie jego wątku dodatkowo przeciążyło fabułę. Punisher był ukłonem w stronę fanów i spokojnie mogłoby go nie być, ale paradoksalnie Frank Castle (a przede wszystkim jego interakcje z Peterem) dodał filmowi humoru i lekkości. A raczej nie on sam, tylko jego interakcje z Peterem.
Jednocześnie Punisher nie poszedł na kompromis i nie złagodniał na potrzeby familijnego filmu o Spider-Manie. Owszem, nie rzuca słowami na "k" na prawo i lewo, ale to wciąż ten sam przemocowy, wiecznie narzekający i impulsywny Frank Castle. "Spider-Man" tylko przypomniał, że ta rola była wprost stworzona dla Jona Bernthala, który nie gra Punishera, ale po prostu nim się staje. Za każdym razem, kiedy Bernthal pojawiał się na ekranie, ten ożywał.
A inni aktorzy? Zendaya, która jest utalentowana, ale w blockbusterach dostaje zwykle mało ciekawe role, nie miała w tym filmie specjalnie czego grać ani większego pola do popisu (podobnie zresztą jak w "Odysei"). Być może na ciekawszy materiał będziemy musieli poczekać do "Diuny: Części trzeciej", w której postać Chani ma być bardziej rozwinięta. A jeśli nie, zawsze można przypomnieć sobie trzy najlepsze role Zendayi. Z kolei Sadie Sink jest ekscytująca, charyzmatyczna i przekonująca, choć momentami to... mroczniejsza wersja Max ze "Stranger Things".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Za to Tom Holland jest doskonały. To chyba jego najlepszy "Spider-Man" pod względem aktorskim. Widzę w internecie, że jedni chwalą jego występ pod niebiosa, a inni go krytykują – i mogę zrozumieć obie strony. Hollandowi zawodowo nie wychodzi właściwie nic poza "Spider-Manem", a szkoda, bo to niesamowicie utalentowany aktor (obejrzyjcie "Niemożliwe"!). Petera Parkera gra przede wszystkim humorem i mikroekspresjami.
Humor w "Spider-Manie" może się nie podobać. Z kolei mikroekspresje, w których Holland jest mistrzem, nie robią takiego wrażenia jak wielkie, widowiskowe, wykrzyczane role, za które Akademia tak chętnie rozdaje Oscary. Nie każdy doceni aktorstwo oparte na spojrzeniu czy ledwo zauważalnej zmianie wyrazu twarzy.
Podobnie było w hitowym serialu "Gorąca rywalizacja", w którym więcej osób chwaliło Connora Storriego niż Hudsona Williamsa, bo rola Amerykanina była zwyczajnie bardziej widowiskowa niż rola Kanadyjczyka. Ale wbrew pozorom granie mikroekspresjami i spojrzeniem, w czym specjalizują się również Paul Mescal czy Josh O'Connor, jest znacznie trudniejsze niż krzyczenie czy efektowne metamorfozy.
Filmowy Peter Parker już w poprzednich częściach zachwycał w emocjonalnych momentach (w dwóch ostatnich "Avengersach" potrafił doprowadzić do łez), ale dopiero tutaj Holland dostał naprawdę duże pole do popisu. Patrząc na jego twarz, czujemy wszystkie emocje, które chce nam przekazać – a to wielka sztuka.
Czyli "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" wyszedł czy nie? To film nierówny, a jednocześnie wyróżniający się na tle ostatnich produkcji Marvela. Ma serce, ma pomysł i przede wszystkim jest zejściem na ziemię po wszystkich wieloświatach, zaklęciach i kosmosach. Jest niezłą zabawą, potrafi złamać serce i przypomina, dlaczego tak bardzo kochamy Człowieka Pająka. Może właśnie tego potrzebuje Marvel: zejścia na ziemię.




