W kinach pojawi się nowy "Naznaczony". Obawiam się, że ponownie się rozczaruję
Kino grozy potrzebuje nowego otwarcia. Fot. materiał prasowy

Pod koniec sierpnia na ekranach polskich kin pojawi się "Naznaczony: Wyjście z mrocznego wymiaru". Uwielbiam horrory, ale na ten nie czekam. Dlaczego? Po prostu kino grozy musi przejść kolejny renesans. Inaczej nadal będziemy otrzymywać nudną papkę.

REKLAMA

Współczesne horrory coraz rzadziej nas straszą. Serie "Naznaczony" czy "Annabelle" jeszcze nieco ponad dekadę temu pokazywały, że kino grozy ma potencjał do tego, by mrozić nam krew w żyłach. Potem było już dużo gorzej, a po "Naznaczonym: Wyjście z mrocznego wymiaru" spodziewam się najgorszego. Co poszło nie tak?

Stara zasada, a działa

"Naznaczony" z 2010 roku bardzo dobrze wykorzystywał jedną z najstarszych zasad horroru: wyobraźnia widza działa lepiej niż najlepsze efekty specjalne. Lepiej pokazać mniej niż więcej. Dziwna twarz demona w cieniu, tajemnicze sylwetki pojawiające się w tle. Widz więcej sobie dopowiada, niż naprawdę widzi.

Podobnie funkcjonowały pierwsze filmy o małżeństwie Warrenów i lalce Annabelle. Sama lalka jest przecież absurdalnie prostym pomysłem. Przeraża jednak nie dlatego, że nagle rzuca się na bohaterów, lecz z tego powodu, że stoi nieruchomo i dziwnie się patrzy. Widz zaczyna zastanawiać się, czy rzeczywiście się poruszyła, czy za chwilę coś się wydarzy.

Tyle że nagle twórcy zaczęli tworzyć horrory coraz bardziej dosłowne. A tu demon wyskakuje zza szafy i pojawia się w pełnym świetle (od razu minus 10 w kategorii charyzmy). A to kamera robi zbliżenie na jego niekoniecznie piękne lico. Wszystko podkreśla muzyka, teoretycznie, by zagęścić atmosferę, ale w praktyce sprawia to, że widz jest przygotowany na najgorsze. I się boi.

Właśnie! Głównym grzechem współczesnego horroru jest przekonanie, że nagły, głośny dźwięk oznacza od razu strach. Jumpscare oczywiście może przestraszyć widza. Problem pojawia się wtedy, gdy jest praktycznie jedynym narzędziem twórców i pojawia się za często.

Widzowie stali się odporni

Tu dochodzimy do kolejnego problemu. Widzowie przyzwyczaili się do horrorów. W latach 70., 80. czy nawet 90. wiele rozwiązań było nadal świeżych. Dzisiaj widz zna większość horrorowych sztuczek. Wie, że jeśli bohater idzie sam do piwnicy, prawdopodobnie coś tam znajdzie. Jeśli kamera długo pokazuje lustro, za bohaterem prawdopodobnie coś się pojawi.

I być może właśnie tego najbardziej brakuje dzisiejszym horrorom: niepokoju i tajemnicy.

Przyszłość kina grozy

Nie jest jednak tak, że kino grozy się skończyło. Osobiście uwielbiam "Dziedzictwo. Hereditary", które odwołuje się do klasyki gatunku, ale dodaje do niej nowe elementy, w tym nawet humorystyczne. Do tego widz po seansie nie wie, czy to, co widział, wydarzyło się naprawdę, czy to tylko majaki nie w pełni trzeźwego umysłu głównego bohatera. Skojarzenie z "Dzieckiem Rosemary" jak najbardziej na miejscu.

Kolejny przykład: "Midsommar. W biały dzień". Przecież to horror, który przewraca wszystko do góry nogami! Nawet akcja nie dzieje się w nocy, a w piękny słoneczny dzień. I film działa jak horror o wiele lepiej niż ostatnie części "Naznaczonego" razem wzięte.

Przyszłość kina grozy widzę też w tym, co robi Robert Eggers. Jego "Wiedźmę" przy zgaszonym świetle obejrzy tylko największy śmiałek. "Nosferatu" ponownie pokazał, że wampiry potrafią być przerażające.

Dalsza część artykułu poniżej.

Obecnie, jak pisałem w naTemat, Eggers pracuje nad "Wilkołakiem". I już teraz zdradza, że w scenariuszu wykorzystał zapomniane motywy związane z likantropami. Może więc w tym tkwi potencjał: opowiadaniu na nowo opowieści, które straszyły naszych pradziadków, ale dziś już o nich nie pamiętamy. I kreatywni twórcy dadzą im nowe, przerażające życie.

Koniec kina jumpscare'ów

Problemem współczesnych horrorów nie jest to, że nie potrafimy się już bać, ale to, że twórcy od lat zbyt często próbują straszyć nas dokładnie tym samym. Kolejny demon, kolejne skrzypiące drzwi, kolejny jumpscare i kolejna scena, w której wiemy, co wydarzy się za pięć sekund.

A przecież prawdziwy strach zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność. Horror nie powinien mówić widzowi: "uważaj, zaraz się przestraszysz". Ma sprawić, że po seansie, kiedy zgasimy we własnym domu światło, choćby przez chwilę nie będziemy pewni, czy naprawdę jesteśmy sami. I właśnie tej niepewności współczesnemu kinu grozy brakuje najbardziej.