
Budka Suflera ponownie zmienia wokalistę. Jacek Kawalec "podziękował" zespołowi za współpracę. Paradoksalnie to dla dinozaurów polskiego rocka szansa. Przyjrzyjmy się trzem formacjom, którym wymiana frontmana paradoksalnie pomogła, a nie zaszkodziła.
Jak pisaliśmy w naTemat, aktor i wokalista Jacek Kawalec, który śpiewał z Budką Suflera od 2022 roku, odszedł z zespołu. Dlaczego? Tomasz Zeliszewski, perkusista Budki Suflera, w niedzielę przeprosił na Facebooku Zenka Martyniuka za jego parodię w wykonaniu Kawalca (parodystyczne filmiki krążą już po sieci od kilku lat). "Za zaistniałą sytuację proszę przyjąć od nas magiczne słowo: PRZEPRASZAM" – napisał.
Kawalec szybko zareagował. Dzień później opublikował komunikat, w którym podkreślił, że "żart sceniczny, parodia i stand-up to naturalne środowisko aktora zawodowego". "Po roku 89 nikt nie ma prawa cenzurować moich wypowiedzi scenicznych" – stwierdził i podziękował całej ekipie technicznej i muzykom za 4,5 roku wspólnej pracy. Zapowiedział jednak gotowość do zagrania zakontraktowanych już koncertów, bo nie chce psuć planów organizatorom.
Dodajmy, że Kawalec był już szóstym wokalistą Budki Suflera. Wcześniej byli nimi Krzysztof Cugowski, Stanisław Wenglorz, Romuald Czystaw, Felicjan Andrzejczak i Robert Żarczyński.
3 zespoły, które zmieniały wokalistę. Wyszło im to na dobre
Odejście lub wyrzucenie z zespołu wokalisty to dla wielu formacji muzycznych poważne wyzwanie. W końcu to jego sceniczna charyzma i głos najczęściej decydują o tym, czy dana grupa osiągnie sukces, czy też nie. Czasami to jednak szansa, by pokazać się od innej artystycznie strony. Oto trzy zespoły, którym zmiana wokalisty wyszła na dobre.
Black Sabbath bez Ozzy'ego
Zespół Black Sabbath przez całą swoją działalność wielokrotnie zmieniał wokalistów. A jednak w oczach większości fanów tylko Ozzy Osbourne nadawał się do tej pracy. Ale czy to prawda? Warto przypomnieć tu o Ronnie'em Jamesie Dio, który w 1979 r. zastąpił wspomnianego frontmana za mikrofonem. Łącznie wydał z Sabbathami cztery albumy: "Heaven and Hell", "Mob Rules", "Dehumanizer" oraz koncertowe "Live Evil".
Choć Ozzy posiadał bardzo charakterystyczny wokal, nie miał potężnych możliwości Dio. Dlatego też imponujące riffy gitarzysty Tonny'ego Iommi'ego w połączeniu z głosem tego ostatniego wyniosły twórczość Black Sabbath na nowy poziom.
Co ciekawe, temat ten wraca i dziś. Jak pisaliśmy w naTemat, Black Sabbath bez Ozzy'ego Osbourne'a jednak ma sens – Iommi zapowiada nową płytę "From The Dark", której premiera odbędzie się 23 października 2026 roku. Choć mowa o solowym albumie, singiel brzmi tak, jak mogłoby brzmieć Black Sabbath bez swojego oryginalnego wokalisty, więc bez porównań sie nie obędzie.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Iron Maiden, czyli dwie ważne zmiany
Iron Maiden zmieniało wokalistów trzy razy. Najpierw w latach 80. Paula Di'Anno zastąpił Bruce Dickinson, a po jego odejściu za mikrofonem stanął Blaze Bayley. Pod sam koniec lat 90. do zespołu powrócił Dickinson.
I trzeba jasno powiedzieć, że Ironi mieli szczęście do wokalistów. Wymiana Di'Anno na Dickinsona pozwoliła im stać się gwiazdami heavy metalu. Potężny głos frontmana umożliwił im granie metalowych hymnów, ale też poruszających ballad. Nie wspominając już o jego scenicznej charyzmie.
Dołączenie do zespołu Bayley'a wcale nie oznaczało spadku formy. Jasne, zespół zaczął grać w mniejszych obiektach, ale pod kątem artystycznym nagrał jedną ze swoich najlepszych i zarazem najbardziej niedocenionych płyt. Mowa o "The X Factor".
Krążek mocno kontrastował z tym, co grupa tworzyła wcześniej. Mało tu typowych dla Iron Maiden galopad i wesołych melodii, zdecydowanie więcej mroku i melancholii. Pozwoliło to jednak muzykom pokazać się z innej strony. I wokal nowego wokalisty świetnie wpasował się w tę przemianę.
Szkoda tylko, że sam zespół nie potrafi opowiedzieć o tym okresie w interesujący sposób. Jak pisaliśmy w naTemat, film o Iron Maiden miał być fascynującym dokumentem, a wyszła nudna reklama grupy.
Pantera, czyli wokalista zmienia cały zespół
To akurat przykład na to, że wymiana wokalisty może doprowadzić do całkowitej muzycznej ewolucji. Pantera powstała na początku lat 80., ale jako zespół grający modnego wtedy glam rocka. Przez pierwsze lata za mikrofonem stało parę osób, z których największe znaczenie dla twórczości grupy miał Terry Glaze. Przełom nastąpił jednak, gdy w formacji śpiewać zaczął Phil Anselmo.
Szczególnie ważny w tej opowieści jest wydany w 1990 roku album "Cowboys from Hell", na którym muzycy zmienili styl: zaczęli grać dużo agresywniej, ciężej, a produkcją tej płyty wyznaczając nowy standard na ówczesnej metalowej scenie. Pozycję Pantery ugruntowały następnie "Vulgar Display of Power", "Far Beyond Driven" i "The Great Southern Trendkill" (przez niektórych fanów uważane za zbyt... brutalne).
Zmiana muzyczna, jaka zaszła wtedy w zespole, nie byłaby jednak możliwa bez Anselma. Potrafił bowiem i śpiewać przejmujące ballady, i pełne wściekłości utwory, które porwały nowe pokolenie fanów ciężkich gitar, zrażonych do ugrzecznianego w latach 90. thrash metalu.




