
Streaming miał być spełnieniem marzeń, a stał się przekleństwem. Kilkanaście platform, kilka abonamentów do opłacenia i tysiące tytułów do wyboru. Nie da się być na bieżąco, a znalezienie jednego filmu potrafi zająć więcej czasu niż sam seans. Coraz częściej łapię się na tym, że przesyt odbiera mi radość z oglądania.
Zabrzmię jak boomer, ale pamiętam czasy, kiedy filmy i seriale łapało się w telewizji. Na kolejny odcinek czekało się tydzień, a w programie telewizyjnym zaznaczało się to, co chciało się obejrzeć (mój tata nadal tak robi!). "Przyjaciół" oglądałam kilka lat po premierze. Kończył się jeden sezon? Trzeba było cierpliwie czekać na kolejny. Nie zdążyłeś do kina? Pozostawało wypożyczyć albo kupić DVD. Żeby coś obejrzeć, trzeba było szukać, kombinować i dostosowywać się do ramówki. Marzyłam, żeby wszystko było dostępne w jednym miejscu.
I bum – Netflix. Przez chwilę właśnie tak było. Odpalamy aplikację, wybieramy film i gotowe. Szybko, łatwo, wygodnie. Streaming miał raz na zawsze ułatwić nam życie – zastąpić drogą kablówkę i odesłać "Zatokę Piratów" do historii. Co więc poszło nie tak?
Przesyt. Netflix, HBO Max, Disney+, Prime Video, Apple TV+, SkyShowtime, CANAL+, Player, TVP VOD, MUBI... Początkowo platform była jedna, potem dwie. Dziś jest ich kilkanaście, a każda walczy o własne ekskluzywne produkcje. Efekt? Popkultura została poszatkowana na kawałeczki.
Za dużo platform, za dużo seriali, czyli klątwa obfitości
Chcesz być na bieżąco z filmami i serialami? Przygotuj się na logistyczną wojenkę i szykuj gruby portfel. W końcu musisz opłacić pięć różnych abonamentów jednocześnie, bo każdy tytuł jest gdzie indziej. Jeśli nie jesteś niedzielnym widzem i chcesz oglądać nowości z różnych stajni (jak ja), nie masz wyjścia – musisz płacić. Zsumowane koszty subskrypcji robią się naprawdę spore (zwłaszcza odkąd Netflix ukrócił współdzielenie kont), choć na szczęście część platform zaczyna oferować wspólne pakiety.
Płacimy za wygodę i nieograniczony dostęp, z którego coraz częściej nie potrafimy zrobić użytku. To klasyczny paradoks wyboru. Kiedy po pracy próbujesz znaleźć coś do obejrzenia i nie masz konkretnego tytułu w głowie, zaczynasz bezmyślnie przewijać kolejne kafelki. Czytasz opisy, sprawdzasz oceny na Filmwebie, przeskakujesz między aplikacjami, aż w końcu mija czterdzieści minut, godzina. Zharowany, zrezygnowany i z mętlikiem w głowie odkładasz telefon albo... zasypiasz. Tyle zostaje z miłego wieczoru.
Proces szukania idealnego filmu czy serialu stał się bardziej czasochłonny niż sam seans. Obejrzenie czegoś wieczorem wciąż jest przyjemnością, ale znalezienie tego czegoś coraz bardziej przypomina pracę na drugi etat (mam nadzieję, że nasze polecajki naTemat choć trochę ułatwiają ten wybór). Nie pomaga fakt, że nowe tytuły powstają jak grzyby po deszczu.
Oliwy do ognia dolewają algorytmy. W teorii mają pomagać w odkrywaniu nowych ulubionych tytułów, w praktyce coraz częściej zamieniają strony główne platform w tablice reklamowe. Nawet jeśli znają nasze preferencje, priorytetem staje się promowanie najnowszych produkcji oryginalnych, które akurat trzeba wypromować. Platformowe topki częściej pokazują, co serwisowi udało się wypchnąć na pierwszy plan, niż to, co rzeczywiście jest najlepsze. Stąd też "hity Netfliksa" nie zawsze porażają jakością. W efekcie łatwo przegapić prawdziwe perełki ukryte głęboko w katalogu, a interfejsy wszystkich serwisów zaczynają wyglądać jak swoje klony.
Kolejnym ciosem jest chaos licencyjny i nieustannie zmieniająca się oferta. Umowy między studiami a platformami wciąż wygasają, przez co filmy i seriale potrafią zniknąć z dnia na dzień. Moja znajoma była w połowie oglądania "Białej królowej" na Netfliksie, kiedy serial... nagle zniknął. Auć.
To gorzkie przypomnienie, że płacąc abonament, kupujemy jedynie czasowy dostęp do filmów i seriali. Nie mamy żadnej kontroli nad katalogiem. Tak naprawdę nic do nas nie należy.
Zmęczenie streamingiem coraz bardziej daje się we znaki
O streaming fatigue ("zmęczeniu streamingiem") mówi się już od kilku lat, więc nie odkrywam Ameryki, ale mam wrażenie, że doszliśmy do ściany. Zmęczenie widzów widać coraz wyraźniej. Coraz więcej osób stosuje strategię "jedna platforma na miesiąc", anulując subskrypcję zaraz po obejrzeniu sezonu. Inni w ogóle rezygnują z gonienia za premierami i pozostają wierni jednej platformie.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Przykład z ostatnich tygodni? Kolega wykupił Apple TV+ tylko dla "Wdowiej zatoki". Serial się skończył, abonament wygasł. Wykupi go ponownie dopiero po premierze drugiego sezonu.
Część widzów wraca do płyt Blu-ray, a część znowu bawi się w piratów. Paradoksalnie streaming, który miał ograniczyć piractwo, częściowo sam przyczynił się do jego renesansu. Dlaczego? Bo zmęczeni widzowie znów szukają jednego miejsca, w którym znajdą wszystko. Tak ja za czasów jednej dominującej platformy.
Skończył się etap bezkrytycznego zachwytu streamingiem. Rynek dojrzał, ale wraz z nim pojawiły się problemy, których jeszcze dekadę temu nie było. Za dużo platform, za dużo treści i za dużo decyzji do podjęcia każdego wieczoru. Gdzieś po drodze zgubiliśmy to, co powinno być najważniejsze – zwykłą radość z oglądania filmów i seriali.
Popkultura to moja pasja i chcę być na bieżąco (a ze względu na mój zawód wręcz muszę), ale z każdym miesiącem rośnie lista rzeczy do obejrzenia i frustracja, że nie mam czasu tego wszystkiego ogarnąć. Chcę włączyć polecaną nowość, ale wciąż mam zaległości.
I wcale nie chodzi o FOMO – po prostu kocham dobre historie. Pasja zaczyna zamieniać się w obowiązek. Tak, to problem pierwszego świata, ale w tym przebodźcowanym, pędzącym świecie chcemy po prostu usiąść wieczorem i odpocząć przy dobrej opowieści. A nawet tutaj musimy za***dalać.
Streaming miał ułatwiać, a utrudnia
Platformy muszą zrozumieć, że widz potrzebuje jakości i prostoty, a nie bezkresnego morza przeciętności. Apple TV+ pokazuje, że można postawić przede wszystkim na jakość zamiast ilości, ale nawet ono w Polsce pozostaje niszowe z powodu skromnego marketingu, niewielkiej rozpoznawalności i problemów z dostępnością. To dowód, że sam dobry katalog już niestety nie wystarcza, a wygrywają najwięksi. I to niezależnie od jakości swojej oferty.
Streaming, który miał pomóc nam szybciej znaleźć film... zaczął nam to utrudniać. Smutny paradoks. Dziś gra toczy się przede wszystkim o to, żebyśmy jak najdłużej zostali na platformie i utrzymali subskrypcję.
Żeby było jasne: nie tęsknię za czasami, kiedy streaming nie istniał. To nie jest tekst z serii "kiedyś to było", bo to wciąż ogromna wygoda. Ale dopóki platformy będą przede wszystkim walczyć o naszą uwagę, zamiast ułatwiać nam wybór, dopóty wieczorny relaks przed telewizorem będzie coraz bardziej przypominał krwawą bitwę niż błogi relaks.




