
Nostalgii łatwo dajemy się ponieść, gdyż przypomina nam o starych dobrych czasach. Kino i telewizja doją z niej, co się tylko da, choć widzowie powoli tracą na nią apetyt. Hollywood powinno stawiać na oryginalne pomysły – wyniki tytułów, które nie są ani prequelami, ani sequelami, potwierdzają, że publiczność pragnie czegoś nowego.
"Stranger Things" skusiło do siebie widzów historią niewinnych dzieciaków przemierzających na rowerach skąpany w mroku las w Indianie. Will, Mike, Lucas i Dustin byli taką grupką przyjaciół, jaką większość z nas miała w swoim dzieciństwie. Kolorowa estetyka lat 80., renesans papierowych gier fabularnych i automatów typu arcade, otwarcie pierwszego centrum handlowego w okolicy i miejskie legendy, które aż proszą się o amatorskie śledztwo – tymi i wieloma innymi nostalgicznymi elementami bracia Dufferowie podbili mainstream.
W pewnym momencie paranormalny serial przygodowy Netflixa zaczął kanibalizować popkulturę tamtej dekady do tego stopnia, że jego istnienie stało się zależne od nawiązań do twórczości innych artystów (reżyserów, muzyków i tak dalej). W piątym sezonie okazało się, że nerdowskimi wtrąceniami nie da się załatać dziur w scenariuszu. Nie pomogła ani "Pułapka czasu" Madeleine L'Engle, ani utwór "I Think We're Alone Now" Tiffany. Reakcje po finale pokazały, że widzowie są zmęczeni nostalgią i jej niespełnionymi obietnicami.
Nostalgia zjada kino i telewizję. Ratunkiem są oryginalne pomysły na filmy i seriale
Według brytyjskiego teoretyka kultury Marka Fishera, który odwoływał się do koncepcji widmontologii (hauntologii) stworzonej przez francuskiego filozofa Jacques'a Derridę, "powolnemu anulowaniu przyszłości towarzyszy spadek oczekiwań". "Poczucie spóźnienia – życia po gorączce złota – jest równie wszechobecne, co wypierane. Porównaj jałowy teren teraźniejszości z płodnością poprzednich okresów, a szybko zostaniesz oskarżony o 'nostalgię'" – napisał w książce "Ghosts of My Life: Writings on Depression, Hauntology and Lost Futures".
Fisher sugerował, że w późnym kapitalizmie i dobie rozwoju technologicznego kultura utraciła zdolność do wyrażania teraźniejszości, a społeczeństwo jest nawiedzane przez duchy przyszłości, która nigdy nie nadeszła. Tym sposobem tkwi w błędnym kole, jakim jest recykling pomysłów zrodzonych lata temu.
Wytwórnie filmowe skorzystały z tego ponurego trendu, ponieważ w obliczu rosnącego w siłę streamingu i pandemii koronawirusa, która uderzyła je po kieszeniach, wystraszyły się ryzyka, jakie niesie ze sobą oryginalność. W ostatnich dekadach wolały dać zielone światło sprawdzonym tytułom, które już wcześniej przyniosły im zyski. Stąd wziął się boom na prequele, sequele, spin-offy, remake'i oraz rebooty.
Z początku widzowie połknęli ten haczyk, licząc na przyjemny eskapizm, ale niedawno coś zmieniło się w ich popkulturowej świadomości. Niektórzy wreszcie pojęli, że nostalgia to pułapka. Bo dawno wyszła ona poza ekrany kin – analogowy powrót do dzieciństwa to wręcz trend na 2026 rok, w którym całe pokolenie milenialsów odnajduje siebie.
"Diabeł ubiera się u Prady 2", reboot "Harry'ego Pottera", wersja live-action "Lilo i Stitcha" – każdemu z tych tytułów towarzyszyły niechętne głosy i pytania, "po co to komu?". I okej, sequel komedii z Meryl Streep w kultowej roli redaktorki naczelnej modowej biblii odniósł sukces w kasach biletowych na całym świecie (zainkasował 677 mln dolarów), niemniej wielu fanów oryginału jawnie podkreślało, że wybrało się na seans z powodu sentymentu.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
By obejrzeć nową adaptację prozy kontrowersyjnej J.K. Rowling, przed telewizorami najpewniej też zasiądą tłumy (choćby z czystej ciekawości), ale rzecz w tym, że obecna narracja prowadzona w sieci przez widzów działa na niekorzyść nostalgii. Franczyzy pokroju Marvel Cinematic Universe może i na siebie zarabiają, ale przez kiepskie scenariusze, niedopracowane efekty specjalne oraz powtarzalność utraciły dawną chwałę.
Choć oryginalne pomysły tak szybko nie wygryzą znanych marek, wyniki oglądalności potwierdzają teorię, że widownia jest zmęczona starymi filmami ubranymi w nowe szaty. "Projekt Hail Mary" Phila Lorda i Christophera Millera na podstawie powieści Andy'ego Weira stał się wielkim kinowym hitem – w skali światowej osiągnął zyski w wysokości ponad 682 mln dolarów.
Niskobudżetowa "Obsesja" Curry'ego Barkera, która zebrała 332 mln USD, też jest ciekawym przykładem wspomnianych zmian, tym bardziej że przeciętnie horrory mogą pochwalić się mniejszym gronem odbiorców niż typowe blockbustery. Nagrodzone Oscarami "Grzesznicy" Ryana Cooglera i "Zniknięcia" Zacha Creggera również podbiły świat, nie będąc częścią żadnej franczyzy. Może w przyszłości branży kinowej i telewizyjnej uda się na dobre wyrwać z objęć nostalgii.




