
Miano najstraszniejszego horroru straciło w ostatnich latach na znaczeniu, gdyż krytycy szastają nim na prawo i lewo. To określenie pojawiło się również pod adresem filmu "Obsesja" Curry'ego Barkera, który akurat zbiera zasłużone pochwały. Wyobraźcie sobie, że wasze niewinne życzenie się spełnia, ale nie tak, jak byście tego chcieli. Inde Navarrette jest odkryciem tego roku – nową królową krzyku.
"Obsesja" Curry'ego Barkera, dzięki któremu kultowy horror z lat 70. otrzyma nową wersję (chodzi oczywiście o zapowiedziany remake "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną"), jest wbrew pozorom prostym horrorem. Jego morał jest taki, by uważać, czego sobie życzymy – klarowne przesłanie, które broni się bez żadnego metakomentarza. Tyle że część widzów może odebrać film 26-letniego reżysera jako bardziej złożoną opowieść, gdyż pod wierzchnimi warstwami "Obsesji" kryje się brutalna przestroga.
Niskobudżetowa "Obsesja", która powstała pod szyldem wytwórni Blumhouse Productions (twórców "Sinister" i "Czarnego telefonu"), na początku nabiera nas, prezentując w roli ofiary kogoś, kto wcale nią nie jest. Seans zamienia się w huśtawkę emocjonalną z prawdziwego zdarzenia – śmiech miesza się z krzykiem grozy (wywołanym zwłaszcza przez jeden jumpscare), by na samym końcu przeobrazić się w szczere współczucie. Strach nie chowa się tutaj po kątach. Dostajemy nim prosto w twarz.
Recenzja horroru "Obsesja". Inde Navarrette jest rewelacyjna
Tekst może zawierać spoilery dot. filmu "Obsesja".
Bear po cichu kocha się w swojej koleżance Nikki i w głębi duszy wie, że ich związek nie ma racji bytu. W końcu ona traktuje go jak brata. Gdy w jego dłoniach ląduje One Wish Willow – gałązka wierzby, która niczym dżinn lub złota rybka spełnia jedno życzenie – chłopak bez zastanowienia ją łamie, domagając się, by sympatia odwzajemniła jego uczucie. Nikki faktycznie zaczyna pałać miłością do Beara – demoniczną, niekontrolowaną i zabójczą.
Dzięki niewielkiemu budżetowi "Obsesja" chętniej eksperymentuje z dźwiękiem, oświetleniem, a nawet i techniką kręcenia (niektóre ujęcia wyglądają na poklatkowe i puszczone od tyłu), przenosząc grozę na zupełnie wyższy poziom. Curry Barker zachęca widownię do tego, by przez prawie dwie godziny nie traciła czujności. Z pozoru niewidoczny element drugiego planu i jedno słowo w scenariuszu mogą momentalnie zmienić to, jak postrzegamy historię Beara i Nikki.
Inde Navarrette – dzięki plastycznej twarzy i grze świateł – przechodzi na ekranie setkę metamorfoz, wykorzystując ciało jako narzędzie służące ukrytej narracji: metakomentarzowi o pozbawianiu kobiet cielesnej autonomii. To oczywiście jedna z możliwych interpretacji. Dlaczego skłaniam się w jej kierunku? Wystarczyła mi scena, w której Nikki błagała Beara o przerwanie jej cierpienia. – Czy kochanie mnie jest aż tak straszne? – usłyszała wtedy od niego.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Aktorstwo Navarrette jest pod niemalże każdym względem niesamowite. Dawno nie widziałam w kinie tak oryginalnego – przedziwnego, a zarazem naturalnego – występu. Towarzyszący jej na srebrnym ekranie Michael Johnston miał mniej wymagającą kreację, niemniej stanowił idealny kontrast dla opętanej przez nie wiadomo co Nikki.
"Obsesja" pojawiła się znikąd, spełniając życzenie tych, których zawiodły "Zniknięcia" Zacha Creggera (krytycy nie mieli wątpliwości, że to najlepszy horror 2025) i "Kod zła" Oza Perkinsa (horror z Nicolasem Cage'em doczeka się drugiej części). W pakiecie z dziełem Barkera mamy gore, działające na wyobraźnię zakończenie i następną po Mii Goth królową krzyku.
