Ryan Gosling w filmie "Projekt Hail Mary"
"Projekt Hail Mary" z Ryanem Goslingiem pokazał, dlaczego kochamy efekty praktyczne Fot. materiał prasowy

"Projekt Hail Mary" dał zachodniej branży filmowej to, czego tak rozpaczliwie potrzebowała – nowy pomysł niebędący ani prequelem, ani sequelem większej franczyzy. Z Ryanem Goslingiem i Sandrą Hüller na pokładzie ekranizacja powieści Andy'ego Weira nie miała szansy się nie udać. Twórcy filmu zrobili jedną rzecz, która pokazała widzom, czym jest prawdziwa magia kina. W tym aspekcie produkcji bliżej do trylogii "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona niż do współczesnych hitów Hollywoodu.

REKLAMA

"Projekt Hail Mary", za którego kamerą stanęli Phil Lord i Christopher Miller (duet odpowiedzialny za komedię "22 Jump Street" i nadchodzącą animację "Spider-Man: Beyond the Spider-Verse"), to oryginalne widowisko traktujące o przetrwaniu, przyjaźni ponad gatunkowymi podziałami i ludzkiej potrzebie budowania autentycznych relacji. Ekranizacja fantastycznonaukowej książki pióra Andy'ego Weira trzyma w napięciu (zwłaszcza gdy w grę wchodzi wyścig z czasem) i sprawia, że na sercu robi się ciepło.

Ryland Grace jest nauczycielem nauk ścisłych, który budzi się na statku kosmicznym, nie mając bladego pojęcia, kim jest i czemu znajduje się tak daleko od domu. Samotny naukowiec powolutku odzyskuje wspomnienia. Z każdą godziną zaczyna coraz lepiej rozumieć, czemu wysłano go w kosmos. W końcu dochodzi do niego, że musi rozpracować, dlaczego Słońce umiera. Na orbicie gwiazdy Tau Ceti – jedynego ciała niebieskiego, którego nie opanowały astrofagi – astronauta poznaje istotę pozaziemską, która odmieni jego dotychczasowe spojrzenie na życie.

Film "Projekt Hail Mary" sięgnął po efekty praktyczne. Rocky wcale nie powstał dzięki CGI

Film science fiction z Ryanem Goslingiem ("Blade Runner 2049") i Sandrą Hüller ("Ojczyzna") zarobił w światowych kasach biletowych aż 683,5 mln dolarów (przy budżecie w wysokości 200 mln USD), tym samym stając się dobrym znakiem dla pochłanianego przez remake'i, rebooty i spin-offy Hollywoodu. Dzieło Lorda i Millera udowodniło, że w tych jakże niestabilnych dla kina czasach kreatywność popłaca. Publiczność jest spragniona oryginalnych pomysłów i rozwiązań.

"Projekt Hail Mary" sięgnął po stare sztuczki, znajdując złoty środek między CGI a efektami praktycznymi. Rocky'ego – nowego przyjaciela Rylanda pochodzącego z planety, na której panuje ogromne ciśnienie atmosferyczne – ożywiono dzięki pięcioramiennej marionetce obsługiwanej przez znanego nowojorskiego lalkarza Jamesa Ortiza. Reżyserzy momentalnie zrozumieli, że sympatyczny kosmita, który przypomina skalnego stwora, musiał zostać wykonany przy użyciu funkcjonalnych elementów, by widz mógł uwierzyć w jego istnienie.

logo
Ryan Gosling w filmie "Projekt Hail Mary". Fot. materiał prasowy

Reżyserski duet zwrócił się o pomoc do Neala Scanlana, laureata Oscara za najlepsze efekty specjalne w komedii "Babe – świnka z klasą" z 1995 roku, który pracował również przy trylogii sequeli "Gwiezdnych wojen". Projekt Rocky'ego powstawał przez sześć tygodni. – Przez wiele miesięcy pracowałem sam przed kamerą, więc kiedy dotarliśmy do części z Rockym, byłem bardzo zadowolony z jego towarzystwa – powiedział Gosling w wywiadzie dla Gold Derby.

Dalsza część artykułu poniżej.

Marionetka była obecna na planie zdjęciowym we wszystkich scenach z udziałem kanadyjskiego gwiazdora (oczywiście w postprodukcji niektóre ujęcia z kosmitą zostały komputerowo podrasowane). – W całym tym procesie podobało mi się to, że Phil i Chris (...) nie traktowali mnie jak hydraulika, którego wezwano, żeby naprawił jedną konkretną rzecz. Za każdym razem pytali mnie: "Jak myślisz, czy Rocky tak by postąpił?". A ja im mówiłem, co dokładnie czułby w danej sytuacji Rocky – mówił Ortiz, cytowany przez amerykański tygodnik rozrywkowy "Variety".

Biorąc pod uwagę wyniki kasowe, "Projekt Hail Mary" przerósł wszelkie możliwe oczekiwania. Nie da się też ukryć, że widzowie są zmęczeni ciągłym patrzeniem na CGI. Efekty praktyczne, choć wymagają dużego wysiłku, zawsze są doceniane przez odbiorców, gdyż dzięki nim – tak jak słusznie zauważyli Lord i Miller – zaczynamy bardziej wierzyć w istnienie przedstawionego świata (zarówno na dużym, jak i małym ekranie). Produkcja zrobiła zresztą wrażenie także na prawdziwych zdobywcach kosmosu.