
Koncerty System of a Down były jednymi z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń tego roku. Zespół ostatni raz zagrał u nas w 2018 r., kolejny występ został odwołany z powodu pandemii COVID-19. Czy jednak na zamerykanizowanych Ormian warto było tyle czekać?
SOAD, grając nierzadko kuglarską mieszankę metalu (czasami w wersji extreme), rocka i wygłupów à la Faith No More, do tego z dodatkiem folku bliskowschodniego, stało się międzynarodowym fenomenem, a album "Toxicity" jest uważany za jeden z najważniejszych w kanonie współczesnego metalu.
Jednocześnie mowa o formacji, która od wielu lat nie potrafi nagrać niczego nowego. Jasne, parę lat temu dostaliśmy dwie piosenki, które powstały w szczytnym celu (chodziło o nagłośnienie tego, co działo się wtedy w Karabachu), ale nie wniosły do dyskografii Systemu nic nowego.
Nie jest zresztą tajemnicą, że muzycy przez lata za sobą nie przepadali: kłócili się o kierunek artystyczny zespołu, o to, kto ma pisać nowe utwory (czytaj także: kto zgarnie kasę za tantiemy), a nawet kwestię dotyczącą tego, czy grać dalej koncerty, czy zrobić sobie przerwę (basista Shavo Odadjian niemal pozwał o to wokalistę Serja Tankiana, gdy ten chciał, by grupa odrzuciła ofertę organizatorów OzzFestu).
Nawet koncertowa historia relacji Polska-SOAD była bardzo burzliwa. W 1998 r. w katowickim Spodku, gdy niemal zupełnie nieznany wtedy jeszcze zespół grał u boku legendarnego Slayera (3 ich płyty trzeba odpalić na cały regulator), został przez polskich metalowców wygwizdany. Powrócił do nas po latach, już jako wielka gwiazda. Poprzednim razem, w 2018 r. w Krakowie, dał przyzwoity koncert. Teraz dwa razy wyprzedał Stadion Narodowy. Czy jednak odwdzięczył się udanym show?
Tak się gra mainstreamowe koncerty metalowe!
Dla porządku dodajmy, że przed SOAD zagrały formacje Acid Bath i Queens of the Stone Age. Ta ostatnia to także wielka gwiazda, która sprawdziła się jako support, choć akustyka Narodowego nie ułatwiała muzykom zadania.
W przypadku Systemu od początku stało się jasne, że tu nie będzie miękkiej gry, gdyż Ormianie rozpoczęli wieczór od serii mocnych ciosów: "X", "Suite-Pee" i "Prison Song". Jeżeli chodzi o halowo-stadionowy metal, takie szaleństwo oglądałem ostatnio pod sceną przy pożegnalnych koncertach Slayera w naszym kraju i w czasie występu reaktywowanej Pantery!
Dobrze jednak, że zespół, jak się spodziewałem, zagrał przekrojową setlistę, złożoną z utworów ze wszystkich swoich płyt (i demówki). Chyba tylko dzięki temu obyło się bez ofiar w ludziach.
Odniosłem wrażenie, że utwory z bardziej rockowych "Mesmerize" i "Hypnotize" pozwalały wpuścić do Narodowego nieco powietrza, podczas gdy materiały z debiutu, "Toxicity" i "Steal This Album!" były przyjmowane w bardziej emocjonalny (tak to określmy) sposób.
Najbardziej magiczne momenty? Najprościej byłoby wskazać tu oczywiste "Chop Suey", "Aerials" czy "Toxicity" (z największym młynem pod sceną w czasie całego wieczoru!), ale tak naprawdę magia działa się przy wokalizach Serja w "Lost in Hollywood" i "Streamline" czy balladzie "Roulette" wykonanej tylko przez gitarzystę Darona Malakiana i wokalistę.
Nie sposób nie docenić grupy za to, że nadal potrafi się bawić swoimi kompozycjami: a to rozpoczynać "Psycho" od improwizacji czy rozbudowując "Mr. Jack" do sporych rozmiarów riffowego kolosa. I grupa nie potrzebuje do tego wszystkiego fajerwerków, konfetti czy pirotechniki. Panowie z Rammstein i Metalliki (którzy niedawno pojawili się ponownie nad Wisłą)! Tak, zagranie dziś dużego metalowego koncertu bez elementów cyrku jest możliwe!
Zobacz także
Jest sztama w zespole?
Wspomniałem wcześniej o trudnych relacjach, jakie panują w grupie. Nie wiem, czy obecna trasa to tylko wizerunkowa wydmuszka, ale na scenie ponownie było widać (pozorną?) chemię między muzykami. Muzycy nawet parę razy ściskali się na oczach tysięcy fanów, wyznawali sobie miłość, żartowali i dyskutowali o wielkości swoich... tyłków (ach, to rockowe poczucie humoru!).
Jeszcze raz to podkreślę: może to tylko gra pod publiczkę. Jednocześnie jednak samo zachowanie grupy na scenie było o wiele bardziej żywiołowe niż w 2018 roku. Serj w końcu zaczął się ruszać, pod koniec, w szalonym "Sugar" wręcz skakał (co jak wiadomo, od lat nie jest u niego standardem – koncert sprzed 8 lat w jego wykonaniu przypominał nieco konkurs karaoke). Do tego w wielu momentach udowodnił, że nadal jest w wyśmienitej formie. Daron także dawał upust emocjom, w paru momentach popisując się gitarową ekwilibrystyką. Najbardziej emocjonalny na scenie był basista Shavo (to nie zmienia się od lat). Perkusista John Dolmayan pozostawał w tym czasie rytmiczną i emocjonalną podporą grupy.
Podsumowując, SOAD zagrał naprawdę bardzo dobry koncert, stanowiący nieco przeciwwagę do tego, co prezentują dziś na żywo gwiazdy jego typu. Nie tylko zrezygnował z niepotrzebnych fajerwerków, ale jeszcze w czasie koncertu sięgał po utwory mniej znane (choćby "DAM" ze swojej legendarnej taśmy demo). To był koncert, który przypomniał, że najważniejsza powinna pozostać zawsze muzyka. Szczególnie gdy potrafi łączyć ludzi, którzy na co dzień bywają podzieleni.




