Koncert metalowy w tle, Mastodon i Mayhem
3 zespoły metalowe, które zmieniły styl i wyszło im to na dobre. Foto: Wikipedia, Brandon Nagy, Mighty Images/Shutterstock

Fani rocka i metalu niczego tak chyba nie nienawidzą jak tego, jak sytuacji, gdy ich ulubiony zespół zmienia styl. Tyle że historia muzyki zna przykłady grup, którym eksperymenty wyszły na dobre.

REKLAMA

To dość dziwne, że fani takich gatunków jak rock i metal są tak konserwatywni. W końcu mowa o muzyce, która kojarzyć ma się z wolnością, w tym artystyczną. A jednak nierzadko eksperymenty stylistyczne bywają przez konserwatywnych wielbicieli odrzucane. I to mimo tego, że bardzo często wprowadzają do dyskografii zespołów nową jakość (druga strona medalu bywa jeszcze smutniejsza, gdy to sami twórcy boją się zmian, o czym pisaliśmy przy okazji: U2 wydało nową piosenkę. Kawałek obnaża największy problem legend rocka).

Bathory, czyli od black metalu po epickie hymny

Bathory to de facto projekt studyjny Quorthona (właśc. Thomasa Forsberga, ale metalowcy wolą pseudonimy swoich od imion i nazwisk), który odegrał kluczową rolę w powstaniu black metalu. Swoimi pierwszymi albumami, takimi jak np. "Bathory" i "Under the Sign of the Black Mark", dał podwaliny pod to, co potem rozwijali muzycy Mayhem czy Darkthrone. Nagle jednak na przełomie lat 80. i 90. agresywne, nieco chaotyczne granie, oparte na szybkich riffach, chropowatym wokalu i szybkiej perkusji, zostało zastąpione przez epickie kompozycje opowiadające o nordyckich bogach i legendach Skandynawii.

Do tego całość stała się o wiele bardziej przystępna, melodyjna i podniosła. Mogła podobać się nawet fanom zakochanym w bardziej klasycznym heavy metalu, choć nie była tak kiczowata jak w przypadku zespołów z tego nurtu.

W ten sposób Quorthon nie tylko zmienił własny styl, ale także wpłynął na całe pokolenia muzyków metalowych, którzy później rozwijali nurt tzw. viking metalu, inspirowanego mitologią nordycką.

Mayhem: blackmetalowcy odkrywają elektronikę

Nazwa "Mayhem" już tu padła. Chodzi bowiem o jedną z najbardziej wpływowych grup metalowych w historii. I nie dlatego, że jej historia przypomina zapiski z kroniki kryminalnej. Chodzi o muzykę.

Norwegowie (i jeden Węgier) na swoim debiutanckim "długograju" "De Mysteriis Dom Sathanas" muzycy zaproponowali fanom ponure, oparte na dysharmonijnych riffach kompozycje. Wszystko dopełniały przerażający wokal Attili Csihara (to ten wspomniany Bratanek) i pulsujący, niepokojący bas.

Wydany w 1994 r. debiut mógł być łabędzim śpiewem grupy. Gdy pojawił się na rynku, zespół nie istniał: gitarzysta nie żył, basista, który go zamordował, przebywał w zakładzie karnym.

Dopiero w 1995 r. Mayhem wznowiło swoją działalność w składzie: Jan Axel 'Hellhammer' Blomberg (perkusja), Jorn 'Necrobutcher' Stubberud (gitara basowa), Rune 'Blasphemer' Eriksen (gitara) oraz Sven Erik 'Maniac' Kristiansen (warczenie do mikrofonu).

Dalsza część artykułu poniżej.

Owocem tej reaktywacji był m.in. wspaniały album "Grand Declaration of War". Dla wielu ogromnym problemem było jednak to, że black metalu w klasycznym znaczeniu nie ma tu aż tak wiele jak nakazywałyby prawidła rynku (szczególnie, gdy wraca się po latach na scenę). Jest zaś elektronika, dziwny, zimny klimat i atmosfera końca świata. Manic, zamiast wydawać z siebie zwierzęce niemal odgłosy, często melorecytuje. Wszystko "pogarszało" jeszcze dziwne, nieco plastikowe brzmienie.

Konserwatywnych fanów wszystko odrzuciło, ale po latach album jest uważany za jedno z najważniejszych wydawnictw gatunku, które poszerzyło jego granice.

Mastodon, czyli przejście z podziemia na rockowe areny

Zespół Mastodon zaczynał niemal jak Mayhem: nie chodzi o styl, ale to, że startował w undergroundzie. Dwaj jego muzycy, perkusista Brann Dailor i gitarzysta Bill Kelliher, doświadczenie zbierali m.in. w Today is the Day, jednej z tych formacji, które robią wszystko, by nie odnieść komercyjnego sukcesu. Dziś niezależnym twórcom bywa łatwiej wyjść z cienia, o czym świadczy fakt, że ponad 70 Polaków zarabia na Spotify pół miliona rocznie.

Początkowo Mastodon, którego skład zasilili ostatecznie też gitarzysta Brent Hinds i wokalista/basista Troy Sanders, również tworzył muzykę bardzo niestrawną dla mas: agresywną, ciężką, z wykrzyczanymi wokalami. Pierwszy przełom nastąpił na "Leviathan", który to krążek zawierał już granie zbliżone nawet do tego, co tworzyła Metallica. I przede wszystkim pojawiły się tu piosenki i przeboje (oczywiście jak na standardy gatunku).

Dopiero jednak "Crack the Skye" z 2009 r. pokazało, że muzycy zespołu potrafią komponować progrockowe kompozycje, ciężar zastąpić ładnymi melodiami, a wrzask śpiewem.

Do dziś album uchodzi za opus magnum grupy. Szczególnie w oczach tych fanów, którzy nie lubią jego wcześniejszego oblicza.