Nickelback
Powraca Nickelback, najbardziej znienawidzony zespół rockowy świata. Foto: Antonio Scorza/Shutterstock

Muzycy Nickelback opublikowali pierwszy singiel, który promuje ich nową płytę. Czy było na co czekać? Nieszczególnie. Ale czy zespół zasłużył na hejt, jaki od dekad na niego spada? Moim zdaniem nie!

REKLAMA

Nickelback zapowiedział album "Everything Under The Sun", który trafi na półki z płytami jesienią. By podgrzać atmosferę oczekiwania na krążek, zespół wrzucił do sieci premierowy singiel "Rattle The Cage". Rewolucji w ich stylu nie uświadczymy, ale powraca ważne pytanie. Dlaczego fani rocka tak nienawidzą tych czterech Kanadyjczyków?

Nickelback wraca i oferuje ostry singiel

Najpierw nieco faktów: album trafi do sprzedaży 30 października 2026 roku. To pierwsze wydawnictwo zespołu od czasu "Get Rollin" z 2022 roku. Całość promuje "Rattle The Cage", zaskakująco mocny i ciężki utwór (jak na ten zespół), do tego z gościnnym udziałem Johna 5, gitarzysty znanego ze współpracy z Marilynem Mansonem i Mötley Crüe.

"Ten album pokazuje wszystkie oblicza naszej grupy. Są na nim utwory cięższe niż wszystko, co nagraliśmy wcześniej, są też piosenki, w których podejmujemy ryzyko i takie, które przypominają nam, dlaczego gramy razem od tylu lat. 'Rattle The Cage' idealnie otwiera ten rozdział", opisał materiał na nowej płycie wokalista Chad Kroeger.

Dalej dowiadujemy się, że cały album ma być zbiorem stadionowych hymnów i ballad. Czyli wręcz klasyczne wydawnictwo Nickelback.

Najbardziej znienawidzony zespół świata

Formacja od dekad uchodzi za "najbardziej znienawidzony zespół rockowy świata". Dlaczego? I czy nie kłóci się to z faktem, że od lat okupuje listy przebojów? Do tego światowa trasa Get Rollin’ Tour, którą grupa promowała ostatnią płytę, okazała się najlepiej sprzedającym się tournée od początku istnienia formacji. Tak dobrze Kroeger i jego koledzy nie mieli się od początku działalności!

Skąd więc bierze się nienawiść do Nickelback? Nie można powiedzieć, że to tylko pewna miejska legenda: fani rocka naprawdę za twórcami "How You Remind Me" nie przepadają.

Dalsza część artykułu poniżej.

Powodów jest parę. Przede wszystkim we wczesnych latach dwutysięcznych zespół był wszędzie. Power-ballada "How You Remind Me" była fajna przy pierwszym przesłuchaniu. Nawet po kilku kolejnych. Ale gdy radia stale ją puszczały, a telewizje nieprzerwanie prezentowały nakręcony do niej teledysk, można ją było znienawidzić. I zapomnieć, że cały album "Silver Side Up" był wypełniony solidnym, poprockowym graniem. Nie było to epokowe dzieło, ale po prostu przyjemny krążek, idealny do puszczenia w tle i od czasu do czasu tupnięcia nogą.

Kolejne krążki wpisywały się w ten sam schemat. Nickelback miał prosty, przewidywalny styl: krytycy zarzucali muzykom, że ich piosenki mają podobne struktury i często są infantylne na poziomie lirycznym. Ale co z tego? Co warto dodać, Kanadyjczycy nawet nie udawali kogoś, kim nie są. Ot, grupa kumpli postanowiła pograć trochę rocka, czasami na koncertach oddając hołd idolom pokroju Metalliki.

Chyba najbardziej zaszkodził grupie wizerunek zespołu grającego "korporacyjnego rocka". Czyli takiego tworzącego komercyjne przeboje, napisane cynicznie pod konkretny target (a nie prawdziwych fanów!).

No i wreszcie: doszedł internet: w pewnym momencie żarty z Nickelback w sieci zaczęły żyć własnym życiem. Ludzie często mówili, że ich nie znoszą, nawet jeśli znali i lubili ich piosenki. Wiecie, coś w stylu brodatego metalowca w koszulce ze Slayerem (to ten zespół dla "prawdziwych mężczyzn", śpiewający o strasznych sprawach), ale w domu po cichu chlipiącego do balladki "Photograph".

Zespół niewiele sobie jednak z tego robił. Przez lata dorobił się legionów wiernych fanów, którzy wspierają go, a to kupując płyty, a to tłumnie chodząc na koncerty. A że muzycy nadal nie grają nic ambitnego? Cóż, może i lepiej, gdyż w przeciwnym razie wyszłoby z tego coś karykaturalnego i naprawdę przerażającego.